Muzyka
,, Matematyka jest alfabetem,
przy pomocy którego Bóg opisał wszechświat."
Galileusz
,, Matematyka jest alfabetem,
przy pomocy którego Bóg opisał wszechświat."
Galileusz
* Luke P.O.V *
* Samochód Harry'ego *
* W drodze do kliniki uzależnień *
Nie mogę w to uwierzyć. Ten skurwiel znowu to zrobił. Naćpał się. A jeszcze dwie godziny temu wszystko było dobrze. Szczęśliwy jechał zarezerwować datę ślubu. A teraz wrócił na haju i w dodatku bez powodu pobił Li. Jeśli coś mu się stanie przysięgam na Cysię i jej dzieci, że zabiję Lou. Nawet jeśli by się to wiązało z tym, że pójdę do więzienia. Zrobię to. Spojrzałem na tylne siedzenie. Brunet spał. Zasnął zaraz jak tylko Hazza wsadził go do auta. I bardzo dobrze. Inaczej bym mu przyłożył tak aby stracił przytomność. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Cysia to widziała. Widziała Lou naćpanego i w dodatku jak biję Li. Nagle się zatrzymaliśmy. Wysiadłem i zobaczyłem przed sobą ogromny budynek. Ostatni raz byłem tu dwa lata temu. Kiedy jeszcze żył tata. Nie sądziłem, że jeszcze tu przyjadę. Myślałem, że nie będzie to nigdy konieczne. Niestety muszę pomóc przyjacielowi. Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Hazzy.
- Emm... Luke.. Skąd wiesz, że go przyjmą? To prywatna klinika dla osób uzależnionych. - powiedział i spojrzał na Lou przez szybę.
- Widzisz Harry. Oto kolejna rzecz o której o mnie nie wiecie. - powiedziałem i spojrzałem ponownie na ogromny budynek.
- Stary możesz mówić wyraźniej? Bo nic nie rozumiem. - powiedział Loczek ze zdziwioną miną.
- Heh... Widzisz stary w tej klinice pracował mój tata. Był ordynatorem tego oddziału gdzie trafi Lou. - powiedziałem i otwarłem drzwi aby wyciągnąć fajki.
- Dlaczego wcześniej nic nie powiedziałeś? - zapytał i sam odpalił fajkę.
- Szczerze? Nie powiedziałem bo się tego wstydziłem, że mój ojciec leczył takich ludzi. Jednak to w sumie tu poznałem Lou. - powiedziałem i zaciągnąłem się dymem.
- Jak to tutaj go poznałeś?! Teraz to już nic nie ogarniam. - powiedział Styles.
- Poznałem go gdy pięć lat temu był tu na pierwszym leczeniu. Mój ojciec był jego lekarzem prowadzącym. - powiedziałem ponownie zaciągnąłem się dymem.
- Powiedzmy, że zaczynam rozumieć. - powiedział Loczek patrząc na budynek.
- Ehh... Słuchaj Harry. Pięć lat temu miałem 17 lat. Popełniłem wtedy przestępstwo. Drobne ale jednak. Sąd powiedział, że mam odpracować 250 godzin społecznie. Padło na to, że codziennie po szkole pomagałem ojcu tutaj. Kiedy przyszedłem pierwszego dnia Lou już tu był. Był tu piąty miesiąc. Jeszcze było z nim źle ale nie tak jak na początku. Wtedy zamknęła go tu matka. - powiedziałem i zgasiłem peta.
- Aha. Cysia nic o tym nie wie? - zapytał Harry po chwili ciszy.
- Nie. Ja odbyłem karę i przestałem tu chodzić. Pierwszy raz spotkałem się z Lou rok temu po śmierci rodziców. Nie pamiętał mnie. Cieszyło mnie to. No a resztę już znasz. - powiedziałem i podszedłem do tylnych drzwi auta.
- Rozumiem. Na jakim oddziale twój tata był ordynatorem? - zapytał i podszedł do mnie.
- Na oddziale zamkniętym dla osób uzależnionych od leków i amfetaminy. I właśnie tam dzisiaj trafi Lou. - powiedziałem i otwarłem drzwi. Brunet dalej spał.
- Oddział zamknięty? To znaczy, że nie wolno go odwiedzać? - zapytał Harry.
- Dokładnie tak mój przyjacielu. - powiedziałem i w tym momencie podszedł do nas mężczyzna w białym fartuchu.
- Luke. Witaj mój drogi. - powiedział i przywitał się ze mną mocnym uściskiem.
- Dzień dobry panu. - powiedziałem kiedy się odsunął ode mnie.
- Co cię tu sprowadza? Bo nie ukrywam, że zdziwił mnie twój telefon ostatnio. - powiedział i spojrzał na Loczka.
- Domyślam się. Ale może zacznę od początku. Panowie pozwolą. Panie doktorze to mój przyjaciel Harry Styles. Harry poznaj proszę ordynatora oddziału zamkniętego i najlepszego przyjaciela mojego taty doktora Damona Salvatore. - powiedziałem a ci podali sobie ręce.
- Miło mi pana poznać. - powiedział Harry kiedy zabierał dłoń.
- Mi ciebie również młody człowieku. Dobrze Luke. O co chodzi.? - powiedział mężczyzna i przeniósł na mnie wzrok.
- Chcę aby przyjął pan na oddział kogoś kto już tu był. Mój tata był jego lekarzem pięć lat temu. - powiedziałem i spojrzałem na śpiącego w aucie Lou.
- No wiesz Luke. Musisz sprecyzować o kogo chodzi. W tamtym czasie twój tata miał wielu pacjentów. - powiedział z uśmiechem.
- Chodzi mi o.. Lou... To znaczy Louisa Williama Tomlinsona. Wiem, że pan wie o kogo chodzi. - powiedziałem pewny siebie.
- Ależ oczywiście, że wiem. Luke tylko mi nie mów, że ten brunet znowu jest uzależniony? - powiedział zaskoczony Salvatore.
- Powiem prawdę. Louis znowu ćpa. Nie jest z nim najlepiej. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że on i moja siostra są razem. Cysia spodziewa się bliźniaków. A ich ojcem jest właśnie Lou. Proszę. Musi mi pan pomóc. - powiedziałem łamiącym się głosem.
- Jak to Marcelina jest w ciąży? Przecież ona ma dopiero 18 lat jak dobrze pamiętam. Luke jak to jest możliwe.? - dopytywał zdziwiony.
- Obiecuję, że wszystko panu wyjaśnię. Tylko błagam niech go pan przyjmie na oddział. - powiedziałem i spojrzałem na bruneta, który zaczął się przebudzać.
- No dobrze. Zaczekajcie chwilę. - powiedział i oddalił się. Z tego co widziałem rozmawiał przez telefon. Po chwili wrócił do nas. - Zaraz przyjdzie tu doktor Tyler Lockwood. Przyniesie dokumenty, które musicie podpisać. I pielęgniarka z wózkiem. Bo zgaduje, że pan Tomlinson siedzi w aucie. - powiedział z tym swoim uśmiechem, którego nie lubię.
- Jak zawsze ma pan rację. - powiedziałem i zaraz obok nas pojawił się drugi lekarz z dokumentami i pielęgniarka. - Przeczytajcie i podpiszcie. - powiedział Salvatore podając nam długopis i dokumenty. Po przeczytaniu wszystkiego razem z Harrym podpisaliśmy zgodę na przymusowe leczenie Lou. Wynikało też z tego, że nie będzie miał kontaktu ze światem zewnętrznym i tylko jeden z nas będzie powiadamiany o jego stanie zdrowia. W to miejsce wpisałem numer telefonu do siebie. Oddaliśmy mu papiery i już po chwili doktor Lockwood razem z pielęgniarką wsadzili Lou na wózek. Oddali nam jego rzeczy i poszli w stronę szpitala.
- Jutro rano przywiozę jego rzeczy. I dziękuje. - powiedziałem gdy cała trójka zniknęła za drzwiami.
- Dobrze. I nie ma za co Luke. Pamiętaj, że zawsze Wam pomogę. Tobie i Marcelinie. A teraz wybacz, ale muszę iść. Do widzenia. - powiedział i zaczął się oddalać.
- Do widzenia. - powiedzieliśmy równo z Harrym.
- Nikomu ani słowa, że Lou jest w tej klinice. A teraz jedziemy do szpitala. Ruszaj się. - powiedziałem i wsiadłem do auta na miejsce pasażera.
- Ma się rozumieć. Nikomu nie powiem. - powiedział kiedy siedział już obok mnie na miejscu kierowcy. Odpalił silnik i z piskiem opon pojechaliśmy do szpitala gdzie leżał Li. Modliłem się w duchu aby wszystko było dobrze.
* Milena P.O.V*
* W tym samym czasie *
* Szpital - przed blokiem operacyjnym *
- Niall błagam cię usiądź. - powiedziałam kiedy blondyn wracał z końca korytarza.
- Nie mogę. Denerwuje się. - powiedział i zaczął znowu chodzić jak poparzony.
- Ni błagam cię przestań tak łazić! - powiedziała lekko już wkurzona Ann.
- Nie rozumiem was. Jak możecie tak spokojnie siedzieć. - powiedział i zatrzymał się na chwilę.
- Kurwa mać Ni! My też się denerwujemy. Li to też nasz przyjaciel. Martwimy się. Ale błagam cię. Takie łażenie nic mu nie pomoże - krzyknęła Ann.
- Ehh... Masz rację. Przepraszam was. - powiedział i usiadł obok mnie chowając twarz w dłoniach.
- Niech to się już wszystko skończy. - powiedziałam i przytuliłam swojego kuzyna.
- Patrzcie. Idą Luke z Harrym. - powiedziała Ann a my spojrzeliśmy w tym samym kierunku co ona.
- I co z nim? - zapytał zdyszany Luke.
- Od godziny jest operowany. - powiedział Niall.
- Co mówią lekarze? - zapytał Hazza.
- Stracił dużo krwi. Ma złamane żebra i uszkodzoną wątrobę. A co najgorsze mocno zmasakrowaną czaszkę. Na raz ma dwie operację. - powiedziała Ann ze łzami w oczach.
- Ej mała nie płacz. Będzie dobrze. Liam to silny facet. - powiedział Luke i przytulił kolorowo włosom.
- A co zrobiliście z Lou? - zapytałam patrząc na swojego chłopaka.
- Jest na odwyku. - powiedział Loczek.
- Na jakim odwyku? Gdzieś tu w Londynie? - zapytał Ni.
- Nie. Po za Londynem. Nie ważne gdzie. A i jeszcze jedno. Nie mówcie nic Cysi. - powiedział Harry tak jak ustaliliśmy po drodze.
- Ok. - powiedzieliśmy równocześnie i w tym momencie otwarły się drzwi od sali operacyjnej.
- I co z nim panie doktorze? - zapytał Ni gdy tylko wyszedł lekarz.
- A to państwo. Powiem tak. Najważniejsze będą najbliższe godziny. - powiedział patrząc na nas.
- Co to znaczy? - zapytał Luke.
- To znaczy, że operacja mózgu i rekonstrukcji czaszki nie jest łatwa. Teraz najważniejsze aby nie pojawił się krwiak śród czaszkowy to zagrożenie życia pana Payne minie. A teraz przepraszam. Muszę zajrzeć do innego pacjenta. - powiedział i nas zostawił.
- Całe szczęście. Oby tylko było dobrze. - powiedziałam z ulgą.
- I będzie. Dziewczyny jeździe do mnie do domu. Właśnie napisała do mnie Dani. Z Cysią nie jest za dobrze. - powiedział Luke patrząc na mnie i Ann.
- Dobrze. Pa chłopcy. Pa Harry. Kocham cię. Uważaj na siebie. - powiedziałam i pożegnałam się z chłopakiem a następnie razem z Ann opuściłyśmy szpital i pojechałyśmy do Cysi.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani. I oto jest rozdział 32. Jak wam się podoba? Czekam na jakieś wasze opinie i do nn.... ^^
- Jak to Marcelina jest w ciąży? Przecież ona ma dopiero 18 lat jak dobrze pamiętam. Luke jak to jest możliwe.? - dopytywał zdziwiony.
- Obiecuję, że wszystko panu wyjaśnię. Tylko błagam niech go pan przyjmie na oddział. - powiedziałem i spojrzałem na bruneta, który zaczął się przebudzać.
- No dobrze. Zaczekajcie chwilę. - powiedział i oddalił się. Z tego co widziałem rozmawiał przez telefon. Po chwili wrócił do nas. - Zaraz przyjdzie tu doktor Tyler Lockwood. Przyniesie dokumenty, które musicie podpisać. I pielęgniarka z wózkiem. Bo zgaduje, że pan Tomlinson siedzi w aucie. - powiedział z tym swoim uśmiechem, którego nie lubię.
- Jak zawsze ma pan rację. - powiedziałem i zaraz obok nas pojawił się drugi lekarz z dokumentami i pielęgniarka. - Przeczytajcie i podpiszcie. - powiedział Salvatore podając nam długopis i dokumenty. Po przeczytaniu wszystkiego razem z Harrym podpisaliśmy zgodę na przymusowe leczenie Lou. Wynikało też z tego, że nie będzie miał kontaktu ze światem zewnętrznym i tylko jeden z nas będzie powiadamiany o jego stanie zdrowia. W to miejsce wpisałem numer telefonu do siebie. Oddaliśmy mu papiery i już po chwili doktor Lockwood razem z pielęgniarką wsadzili Lou na wózek. Oddali nam jego rzeczy i poszli w stronę szpitala.
- Jutro rano przywiozę jego rzeczy. I dziękuje. - powiedziałem gdy cała trójka zniknęła za drzwiami.
- Dobrze. I nie ma za co Luke. Pamiętaj, że zawsze Wam pomogę. Tobie i Marcelinie. A teraz wybacz, ale muszę iść. Do widzenia. - powiedział i zaczął się oddalać.
- Do widzenia. - powiedzieliśmy równo z Harrym.
- Nikomu ani słowa, że Lou jest w tej klinice. A teraz jedziemy do szpitala. Ruszaj się. - powiedziałem i wsiadłem do auta na miejsce pasażera.
- Ma się rozumieć. Nikomu nie powiem. - powiedział kiedy siedział już obok mnie na miejscu kierowcy. Odpalił silnik i z piskiem opon pojechaliśmy do szpitala gdzie leżał Li. Modliłem się w duchu aby wszystko było dobrze.
* Milena P.O.V*
* W tym samym czasie *
* Szpital - przed blokiem operacyjnym *
- Niall błagam cię usiądź. - powiedziałam kiedy blondyn wracał z końca korytarza.
- Nie mogę. Denerwuje się. - powiedział i zaczął znowu chodzić jak poparzony.
- Ni błagam cię przestań tak łazić! - powiedziała lekko już wkurzona Ann.
- Nie rozumiem was. Jak możecie tak spokojnie siedzieć. - powiedział i zatrzymał się na chwilę.
- Kurwa mać Ni! My też się denerwujemy. Li to też nasz przyjaciel. Martwimy się. Ale błagam cię. Takie łażenie nic mu nie pomoże - krzyknęła Ann.
- Ehh... Masz rację. Przepraszam was. - powiedział i usiadł obok mnie chowając twarz w dłoniach.
- Niech to się już wszystko skończy. - powiedziałam i przytuliłam swojego kuzyna.
- Patrzcie. Idą Luke z Harrym. - powiedziała Ann a my spojrzeliśmy w tym samym kierunku co ona.
- I co z nim? - zapytał zdyszany Luke.
- Od godziny jest operowany. - powiedział Niall.
- Co mówią lekarze? - zapytał Hazza.
- Stracił dużo krwi. Ma złamane żebra i uszkodzoną wątrobę. A co najgorsze mocno zmasakrowaną czaszkę. Na raz ma dwie operację. - powiedziała Ann ze łzami w oczach.
- Ej mała nie płacz. Będzie dobrze. Liam to silny facet. - powiedział Luke i przytulił kolorowo włosom.
- A co zrobiliście z Lou? - zapytałam patrząc na swojego chłopaka.
- Jest na odwyku. - powiedział Loczek.
- Na jakim odwyku? Gdzieś tu w Londynie? - zapytał Ni.
- Nie. Po za Londynem. Nie ważne gdzie. A i jeszcze jedno. Nie mówcie nic Cysi. - powiedział Harry tak jak ustaliliśmy po drodze.
- Ok. - powiedzieliśmy równocześnie i w tym momencie otwarły się drzwi od sali operacyjnej.
- I co z nim panie doktorze? - zapytał Ni gdy tylko wyszedł lekarz.
- A to państwo. Powiem tak. Najważniejsze będą najbliższe godziny. - powiedział patrząc na nas.
- Co to znaczy? - zapytał Luke.
- To znaczy, że operacja mózgu i rekonstrukcji czaszki nie jest łatwa. Teraz najważniejsze aby nie pojawił się krwiak śród czaszkowy to zagrożenie życia pana Payne minie. A teraz przepraszam. Muszę zajrzeć do innego pacjenta. - powiedział i nas zostawił.
- Całe szczęście. Oby tylko było dobrze. - powiedziałam z ulgą.
- I będzie. Dziewczyny jeździe do mnie do domu. Właśnie napisała do mnie Dani. Z Cysią nie jest za dobrze. - powiedział Luke patrząc na mnie i Ann.
- Dobrze. Pa chłopcy. Pa Harry. Kocham cię. Uważaj na siebie. - powiedziałam i pożegnałam się z chłopakiem a następnie razem z Ann opuściłyśmy szpital i pojechałyśmy do Cysi.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani. I oto jest rozdział 32. Jak wam się podoba? Czekam na jakieś wasze opinie i do nn.... ^^
~Mrs. Tomlinson...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz