piątek, 30 czerwca 2017

Rozdział 10


,, Zło ukrywane rośnie."
                         Wergilisz
01.07.2012r. -tydzień później

* Marcelina P.O.V. *
* W domu babci *

 Jesteśmy w Polsce już od tygodnia. Codziennie po śniadaniu jeździmy z Lukiem do babci. Jej stan jest coraz lepszy. Lekarz mówi, że jutro rano może wrócić do domu. Wczoraj ściągnięto jej gips z ręki. Lekarz mówi, że kość bardzo ładnie się zrosła i żebra też już się zrosły. Jeszcze tylko przez najbliższy tydzień będzie miała gips na nodze. Dzisiaj jedziemy do niej popołudniu. Luke jeszcze śpi a ja siedzę w pokoju i zastanawiam się nad tym co słychać u Ann. Wzięłam telefon z szafki i spojrzałam która godzina. 9:45. Czyli w Londynie jest 8:45. Trochę za szybko aby zadzwonić do Ann. Ona nie wstaje tak szybko. Zwłaszcza w wakacje. Wstałam z łóżka i wyciągnęłam z szafy zestaw ubrań na dziś. Zabrałam je i poszłam do łazienki. Ubrałam się, splotłam włosy w warkocz i zrobiłam lekki makijaż. Gotowa wróciłam do pokoju. Pościeliłam łóżko i zabierając telefon poszłam na dół. Weszłam do kuchni i zrobiłam sobie herbatę. Z ciepłą herbatą wyszłam na taras. Stała tam ławeczka. Usiadłam na niej i odłożyłam kubek. Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Ann. Jeden sygnał, drugi, trzeci i usłyszałam jej głos w słuchawce. 

- Hej Marcelina. - powiedziała radosnym głosem.
- Hej Ann. Co tam? - zapytałam.
- A może być. Trochę nudo bez ciebie. A co tam? Jak tam twoja babcia? - dopytywała.
- U nas ok. Babcia dobrze. Jutro wychodzi ze szpitala do domu.Tylko martwi mnie jedna rzecz. - powiedziałam i wzięłam łyka herbaty.
- To dobrze, że jutro wychodzi. Ej mała czym się martwisz? - zapytała Ann.
- Kiedy babcia wyjdzie będzie miała jeszcze gips. Ktoś musi się nią zająć a my z Lukiem wracamy za kilka dni do Londynu. Nie wiem co zrobić. - powiedziałam.
- Nie martw się. Na pewno coś wymyślisz. A jak tam pomiędzy tobą a Lukiem? Dogadujecie się czy skaczecie sobie do gardeł? - zapytała Ann.
- Między nami nie jest źle. Dogadujemy się. Staramy się naprawić to co udało nam się zepsuć przez ostatni rok. - powiedziałam i znów wzięłam łyk herbaty.
- Rozumiem. Emmm... Marcelina. A co wy zepsuliście przez ten ostatni rok bo nic nie rozumiem.? - powiedziała Ann.
- Chodzi mi o nasze relacje. Ciężko jest odbudować coś czego nie było przez ostatnie 12 miesięcy. Staramy się spędzać ze sobą czas i rozmawiać ale nie jest łatwo. Od wczoraj Luke nie robi nic innego jak znowu pisze z tymi swoimi kolegami. Nie wiem co myśleć. - powiedziałam i westchnęłam w słuchawkę.
- Nie martw się mała. Wszystko będzie ok. Między tobą a Lukiem i z babcią też. Zobaczysz. - powiedziała.
- Mam nadzieję. - powiedziałam i wstałam z ławki.
- Słuchaj mała. Muszę kończyć. Mama mnie dzisiaj odwiedza. Muszę ogarną się trochę. - powiedziała po chwili ciszy.
- No dobrze. Trzymaj się i pozdrów mamę. - powiedziałam.
- Dobrze. A ty babcię  i odezwij się jeszcze. - powiedziała.
- Dobrze. Pa Ann. - powiedziałam.
- Pa Marcelina. - powiedziała i usłyszałam w słuchawce ciszę. Rozłączyła się. Schowałam telefon do kieszeni spodenek i stałam na końcu tarasu i patrzyłam na ogród. Przypomniały mi się wszystkie spędzone wakacje u babci jak byliśmy mali z Lukiem. To były piękne czasy. Przyjeżdżaliśmy do babci od kiedy skończyłam 5 lat. Ostatni raz byłam tu 3 lata temu. Przed tą tragedią. Minęło tyle czasu. Wzięłam głęboki wdech i odwróciłam się. W drzwiach zobaczyłam Luka. Stał i patrzył się na mnie z uśmiechem. Odwzajemniłam uśmiech i idą w jego stronę zabrałam pusty już kubek po herbacie. Chciałam go wyminąć ale nie pozwolił mi na to. Zabrał mi kubek i postawił go na parapecie wewnątrz domu po czym zrobił krok w moją stronę i mocno mnie przytulił. Od razu odwzajemniłam uścisk. Tak bardzo mi tego brakowało. Czułam się tak jak by czas stanął w miejscu. Przytulił mnie jeszcze mocniej i powiedział: Przepraszam cię Marcelina. Po tym wszystkim co się wydarzyło zostawiłem cię samą a sam zająłem się swoim życiem i kolegami. Proszę wybacz mi. Nie chciałem abyś czuła się obco we własnym domu. Chcę to wszystko naprawić. Naprawdę. Uwierz mi. A jeśli chodzi o opiekę nad babcią to nie bój się. Już wszystko załatwiłem. Po naszym wyjeździe babcią zajmie się pani Agata. Sąsiadka co mieszka obok. To ona znalazła babcię i dała numer lekarzowi. Wszystko załatwiłem. Będzie dobrze. 
Po jego słowach samotna łza spłynęła mi po policzku. On naprawdę chce wszystko naprawić i zadbać o bezpieczeństwo babci. Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się do niego. On otarł moją łzę i uśmiechną się. Patrząc mu w oczy powiedziałam: Kocham Cię braciszku. I ponownie się do niego przytuliłam.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani. Jak wam się podoba rozdział? Przepraszam, że taki krótki ale musiał taki być. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie i do następnego... ^^
~Mrs. Tomlinson


 
 

środa, 28 czerwca 2017

Rozdział 9


,, Tylko szlachetne czyny są trwałe. "
                                               Sofokles
* Luke P.O.V. *
* Szpital w Warszawie *

 Kiedy byliśmy już pod szpitalem Marcelina wysiadła z samochodu i czekała na mnie przed maską. Wysiałem zaraz za nią i wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów. Wyciągnąłem jednego i odpaliłem. Oparłem się o drzwi od strony kierowcy i powoli paliłem. Marcelina bawiła się swoim telefonem i nie zwracała na mnie uwagi. Kiedy skończyłem palić przydepnąłem peta i podszedłem do niej. Położyłem jej rękę na ramieniu i jednym ruchem głowy pokazałem na szpital. Schowała telefon do torebki i poszliśmy do szpitala. Idą głównym holem szpitala zapytałem jedną z pielęgniarek gdzie znajdziemy oddział chirurgiczny. Pierwszy raz od dawna mówiłem po polsku i bałem się, że pomylę jakieś słowo. Na szczęście wszystko było dobrze i wytłumaczyła nam jak się tam dostać. Przeszliśmy przez pół szpitala aż dotarliśmy na dany oddział. Nie wiedziałem co robić. Było tam tyle pielęgniarek i lekarzy. Marcelina chyba zauważyła, że jestem lekko zdezorientowany i można powiedzieć, że mnie wyręczyła i podeszła do jednego z lekarzy.

- Przepraszam. Mam pytanie. Gdzie leży Barbara Majlewicz? - zapytała.
- Przykro mi nie mogę udzielać takich informacji. - odpowiedział lekarz i zaczął odchodzić.
- Nazywam się Marcelina Hemmings. A to mój brat. Luke Hemmings. A pani Barbara jest naszą babcią. - powiedziała i podeszła do mnie.
- Naprawdę? To dobrze się składa. Nazywam się Marek Nowak. Jestem lekarzem prowadzącym waszą babcię. To ze mną pan rozmawiał przez telefon. - powiedział i podał nam rękę.
- W jakim stanie jest nasza babcia? - zapytałem.
- Powiem tak. Od rana pyta o swoją wnuczkę. Dziś o 5:40 rano wybudziła się ze śpiączki. Pani może iść do babci. Sala numer 78 a pana zapraszam do mojego gabinetu. - powiedział lekarz.
- Naprawdę? Dziękuję. - powiedziała Marcelina i poszła do sali gdzie leżała babcia a ja poszedłem z lekarzem do jego gabinetu.
- Panie doktorze i co z babcią? - zapytałem.
- Proszę niech pan siada. Powiem tak. Stan państwa babci jest stabilny i z minuty na minutę poprawia się. - powiedział lekarz.
- To dobrze. Ale niech mi pan powie. Co się stało? Dlaczego babcia tu jest? - zapytałem.
- Tak jak już panu mówiłem przez telefon pani Barbara ma złamaną nogę i rękę oraz kilka żeber. Uraz głowy nie jest tak poważny jak myślałem na początku. - powiedział i pokazał mi wyniki babci.
- Ale co się stało? - zapytałem.
- Z tego co mi wiadomo państwa babcia spadła ze schodów w swoim domu, które prowadzą na strych. Znalazła ją sąsiadka. To ona wezwała pogotowie i dała mi numer telefonu do pana. - powiedział. - Wyniki są dobre. Za tydzień góra dwa państwa babcia będzie mogła wrócić do domu. Wtedy będzie miała jeszcze tylko gips na nodze. Żebra się ładnie zrastają a ręka już też jest w dobrym stanie. - dodał.
- To dobrze. Dziękuje panu. Jeśli pan pozwoli pójdę do babci i siostry. - powiedziałem i wstałem z krzesła.
- Bardzo proszę. Na pewno będzie szczęśliwa. O pana też pytała. - powiedział i zajął się jakimiś dokumentami. Wyszedłem z gabinetu i udałem się do sali gdzie leżała babcia. Uchyliłem drzwi i już chciałem wejść kiedy usłyszałem jak babcia rozmawia z Marceliną na mój temat.

- Babciu to nie jest tak, że ja go o to obwiniam. Na początku faktycznie tak było. Nie chciałam z nim mieszkać po śmierci rodziców. Wydawało mi się, że to jego wina. Że to przez niego był ten wypadek. Ale ostatnio zrozumiałam, że to nie jego wina. Nie powinnam go osądzać. Ten wypadek mógł się wydarzyć nawet jak by po mnie jechali. Tak mi głupio i strasznie na sercu. - powiedziała Marcelina.
- Oj wnusi. Oczywiście, że to nie wina Luka. Masz rację. Ten wypadek mógł się wydarzyć w każdym innym wypadku. A co do jego nowych znajomych. Może ty nie lubisz tego całego Louisa. Ale z tego co mówisz on lubi Luka i na to wychodzi, że ciebie też. Nie możesz go o wszystko obwiniać. I musicie więcej ze sobą rozmawiać. - powiedziała jej babcia.
- Masz rację babciu. Ostatnio rozmawialiśmy i nie było źle. Mam nadzieję, że będzie lepiej. - powiedziała Marcelina.
- To dobrze wnusiu. Cieszę się. - powiedziała babcia. Po tych słowach zapadła cisza w sali. Wziąłem głęboki wdech i tak jak gdyby nigdy nic wszedłem do sali. Babcia spojrzała na mnie z uśmiechem i spojrzała na Marcelinę. Ta odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła się. Podszedłem do nich i przywitałem się z babcią. Po krótkiej rozmowie powiedziałem im to co powiedział mi lekarz. Marcelina ucieszyła się na te słowa i spojrzała na babcię. Babcia też ucieszyła się na te słowa. Spędziliśmy razem z babcią kilak godzin. Wieczorem pielęgniarka poprosiła nas o opuszczenie sali i powiedziała, że możemy wrócić jutro rano. Pożegnaliśmy się z babcią i wyszliśmy ze szpitala. Podjechaliśmy do Mc coś zjeść i wróciliśmy do domu babci. Każde z nas poszło do ,,swojego " pokoju. Położyłem się na łóżku ale nie umiałem zasnąć. Wstałem i poszedłem do Marceliny. Drzwi były uchylone. Lekko je pchnąłem. Marcelina leżała na łóżku i już spała. Podszedłem do niej i okryłem ją kołdrą po czym dałem jej delikatnego całusa w policzek. Chwilę przy niej posiedziałem po czym wróciłem do swojej sypialni. Położyłem się na łóżku i nawet nie wiem kiedy zasnąłem.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak jak obiecałam. Oto drugi rozdział dzisiaj. Mam nadzieje, że Wam się podoba. Do następnego.
~Mrs. Tomlinson

 

Rozdział 8 + Wielkie przeprosiny


,, Muzyka budzi w sercu pragnienia dobrych czynów."
                                                        Pitagoras
* Marcelina P.O.V. * 
 *Następnego dnia rano*
* Jej pokój * 

   Kiedy rano się obudziłam nie wiedziałam do końca co się dzieje. Było dosyć wcześnie. Spojrzałam na zegarek. Wskazówki wskazywały 6:40. Samolot do Polski mieliśmy z Lukiem o 8:40. Wstałam i zabierając ubrania wczoraj naszykowane poszłam do łazienki. Tak jak chciałam włosy miałam lekko pofalowane. Ubrałam się i zrobiłam delikatny makijaż. Włosy tylko rozczesałam i wyszłam z łazienki. Przed wyjściem z pokoju pościeliłam łóżko i odsłoniłam okno. Podeszłam do walizki stojącej przy drzwiach i zabierając ją oraz telefon wyszłam z pokoju. Będąc na korytarzu spojrzałam na drzwi od pokoju Luka. Były nadal zamknięte więc pewnie spał. Po cichu podeszłam z walizką do schodów i zeszłam z nią na dół starając się go nie obudzić. Kiedy byłam już na dole odstawiłam walizkę przy drzwiach wejściowych i poszłam do kuchni. Postanowiłam zrobić śniadanie dla siebie i Luka. Otworzyłam lodówkę i postanowiłam, że dla siebie zrobię lekką sałatkę a dla Luka omlet z pomidorem, papryką, szynką i szczypiorkiem. A do tego świeży sok z pomarańczy. Kiedy miałam już wszystko przygotowane na blacie spojrzałam na zegarek. 7:10. Luke wstanie pewnie za pół godziny. Opłukałam warzywa pod bieżącą woda i zabrałam się za robienie śniadania. Mam nadzieję, że Lukowi będzie smakować. Robiąc śniadanie nie umiałam się skupić w  100%. Ciągle myślałam o babci i o wczorajszej rozmowie z Lukiem. Mam nadzieję, że między nami będzie tak jak dawniej a babcia wyzdrowieje. Kiedy kończyłam wyciskać sok z ostatniej pomarańczy usłyszałam jak ktoś schodzi po schodach. Spojrzałam na zegarek. 7:40. Jaki punktualny.  Pomyślałam i postawiłam szklanki z sokiem na stole obok pełnych już talerzy. Odwróciłam się i zobaczyłam Luka jeszcze lekko zaspanego z włosami na każdą stronę. 
- Hej  braciszku. - powiedziałam z uśmiechem.
- Hej siostrzyczko. - powiedział i podszedł do mnie dając całusa w policzek.
- Wyspany? - zapytałam.
- Tak. Jak nigdy. - odpowiedział z uśmiechem.
- A głody? - zapytałam i pokazałam na stół.
- Tak. Ale.. Kiedy ty to wszystko zrobiłaś? - zapytał i usiadł przy stole.
- Powiedzmy, że wstałam troszkę szybciej niż ty. A teraz jedz bo ci wystygnie. Samczego. - powiedziałam i usiadłam obok niego. 
- Smacznego. - odpowiedział i zabrał się za jedzenie. Od kąt pamiętam uwielbiałam patrzeć jak je. Od kąt byłam mała. Wolałam go obserwować niż jeść. Kiedy zjedliśmy posprzątałam po śniadaniu i poszłam jeszcze szybko na górę po torebkę w której miałam klucze, mp4, chusteczki i książkę. Kiedy zeszłam na dół była 8:17. Spojrzałam na Luka pytającym wzrokiem. Wiedział o co mi chodzi. On tylko otworzył drzwi a tam na podjeździe stało jakieś auto. Luke wyciągną nasze walizki na dwór i zamkną drzwi. Po chwili z samochodu wysiadł on... Louis. Nic nie mówiąc poszłam za Lukiem. Ten schował nasze walizki do bagażnika samochodu i otworzył mi drzwi. Bez słowa wsiadłam i zapięłam pasy. Chłopcy przywiali się i wsiedli do środka. Lou odwiózł nas na lotnisko. 

* Luke P.O.V. *  
* Lotnisko * 

 W ostatniej chwili zdążyliśmy na lotnisko i na odprawę. Pożegnałem się z Lou i wszedłem za Marceliną na pokład samolotu. Marcelina zajęłam miejsce przy oknie a ja obok niej. Zapieliśmy pasy i samolot wystartował. Spojrzałem na Marcelinę. Miałam już słuchawki w uszach i czytała książkę. Zawsze tak robiła kiedy lecieliśmy do Polski. Mama jej zawsze powtarzała, że powinna z nami rozmawiać a nie izolować się od świata. Ja jednak zawsze ją rozumiałem i robiłem to samo. Tak było i teraz. Włożyłem słuchawki do uszu i ułożyłem się wygodnie w fotelu. Wiedziałem, że jeśli bym zasnął to Marcelina mnie obudzi. Ona nie umie spać podczas lotu. Woli być świadoma tego co się dzieje wokół niej. Zawsze taka była. Moja siostrzyczka. Nigdy nie spała w podróży. Nigdy. Zamknąłem oczy i nawet nie wiem kiedy zasnąłem.

*13:45 - Lotnisko w Polsce * 

  Marcelina obudziła mnie kiedy tylko wylądowaliśmy. Jej uśmiech mówił sam za siebie. Cieszyła się, że jesteśmy znów w Polsce i będzie mogła rozmawiać z babcią po polsku. Kochała ten język. Może dlatego, że spędzała u babci prawie każde wakacje. Ja też latałem do babci ale rzadziej niż Marcelina. Kiedy wyszliśmy z samolotu odebraliśmy nasze bagaże i wyszliśmy przed lotnisko. Spojrzałem na nią porozumiewawczo i ona jak rodowita polka podeszła do taksówkarza i zapytała czy zawiózł by nas pod podany adres. Zgodził się od razu. Włożyłem nasze walizki do bagażnika i pojechaliśmy do domu babci. Zapłaciłem taksówkarzowi i weszliśmy na podwórko. Nic się tu nie zmieniło. Ani kolor elewacji domu ani podjazd przed nim. Weszliśmy po schodach a Marcelina znalazła klucze za doniczką tam gdzie babcia zawsze je chowała. Weszliśmy do środka i zostawiliśmy walizki w salonie. W kuchni znalazłem klucze od samochodu, którym babcia jeździła przed pierwszym zawałem. Potem ja go dostałem. Zabrałem jeszcze dokumenty z szuflady i wróciłem do salonu. Marcelina stała przy szafie i oglądała ustawione tam ramki ze zdjęciami. Były tam nasze zdjęcia z babcią i zdjęcie rodziców. Gdy Marcelina złapała za ramkę z tym zdjęciem chrząknąłem. Marcelina odstawiła ramkę i odwróciła się w moją stronę. Pokazałem jej klucze i wskazałem na drzwi. Zrozumiała co mam na myśli i złapała torebkę leżącą na łóżku po czym wyszła mijając mnie w drzwiach.  Wyszedłem za nią. Zamknąłem drzwi a potem wyprowadziłem samochód z garażu. Marcelina wsiadła do auta i w ciszy pojechaliśmy do szpitala.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani. Bardzo was przepraszam, że tak długo nie było rozdziału. Ale nie miałam kiedy go dodać. Postaram się dodawać teraz je częściej bo będę miała trochę czasu przez wakacje. Mam nadzieje, że ten rozdział wam się podoba. I obiecuję, że dziś pojawi się jeszcze jeden.

~Mrs. Tomlinson