niedziela, 5 listopada 2017

Rozdział 27


,, Sztuka przemawia jedynie do niezmiernie
ograniczonej liczby ludzi. "
                       Paul Cezane
* Harry P.O.V.*
* 09.09.2012 rok.*
* Dom Harry'ego *

 Siedziałem z Li u mnie w pokoju i czekaliśmy aż przyjadą pozostali. Lou pytany o to czy rozmawiał już z Marceliną odpowiada ciągle to samo. Co dokładnie? ,, Mamy inną sprawę do załatwienia. Pamiętajcie o tym." Razem z Li wywnioskowaliśmy, że jeszcze tego nie zrobił. Ale nie mamy zamiaru na niego naciskać. Wiedzieliśmy, że z nią pogada. Ale sam ma porachunki z Bieberem. Kiedy wczoraj zapytałem go o co dokładnie chodzi nic nie powiedział tylko od razu zmienił temat. Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Liama.
- Harry wszystko ok? - zapytał i pomachał mi ręką przed twarzą.
- Co? Tak. Przepraszam. Zamyśliłem się. - powiedziałem.
- Zauważyłem. Pytałem co z Mileną? Wychodziła z pokoju dzisiaj? - zapytał Li.
- Nie. Cały dzień tam siedzi. Wczorajszy dzień spędziła z Ann i Cysią. I wróciła szczęśliwa kiedy się dowiedziała, że Marcelina jest w ciąży. - powiedziałem z uśmiechem kiedy to sobie przypomniałem.
- No kurwa proszę tylko nie to. - powiedział Li.
- O co ci chodzi Li? - zapytałem lekko zdziwiony jego zachowaniem.
- Ja rozumiem, że Lou się zakochał w Cysi i cieszy mnie to serio. No bo bądźmy szczerzy. Niezły był z niego dupek bez uczuć. Ale nie mów mi, że ty też się zakochałeś. - powiedział i spojrzał na mnie.
- Co?! Ja?! Zwariowałeś chyba! - krzyknąłem i podniosłem się z fotela.
- Harry chociaż nie kłam bo ci to nie wychodzi. - powiedział Li i sam wstał z sofy.
- Nie kłamię. - powiedziałem pewny siebie.
- Dobra. Niech ci będzie. Pogadamy o tym później. Zbieramy się. Bo jak byłeś myślami gdzie indziej napisał do mnie Lou. Nie przyjadą tu tylko jadą prosto na cmentarz. My też już jedźmy i zakończmy to. - powiedział Li i podał mi moją skórzaną kurtkę po czym sam założył swoją i wyszliśmy z domu. Każdy wsiadł do swojego auta i pojechaliśmy w wyznaczone miejsce. Jadąc tam myślałem o tym co miało dwa lata temu. Dlaczego moja matka wyprowadziła się razem z Angelą do Holmes Chapel i zerwała ze mną kontakt. Gdybym wtedy nie urządził imprezy pod czas jej nieobecności ten bydlak by nie skrzywdził mojej siostry. Nie doszło by do tego jebanego gwałtu. Teraz się zemszczę. Nareszcie po dwóch latach skopie mu ryj. Kiedy zaparkowałem swoje auto po drugiej stronie cmentarza była 17:50. Za dziesięć minut miał być. Wysiadłem z pojazdu i razem z Li weszliśmy na teren starego cmentarzyska.

* Louis P.O.V*
* Cmentarz *

 Stałem z ojcem w miejscu gdzie miało się wszytko wydarzyć. Był już ze mną Luke i Niall. Oczywiście przed przyjazdem tu Luke jęczał jak to mnie nie nawidzi przez to, że jeszcze nie rozmawiałem z Cysią i takie tam. Mam zamiar to zrobić po dzisiejszej akcji. I zrobię to. Ale najpierw skopie Justinowi facjatę. Nagle podeszli do nas Li i Hazz. Po Harrym było widać, że jest mocno wkurwiony. Pewnie myślał o tym co miało miejsce dwa lata temu. Nie dziwię mu się. Do 18:00 zostały trzy minuty. Powtórzyliśmy cały plan i poszliśmy na swoje ustalone wcześniej miejsca. Niall czekał na środku polany. Ja, Luke i Li schowaliśmy się za wielkim grobowcem niedaleko. Natomiast mój ojciec i Harry byli za wielkim dębem. Tak jak myślałem punkt o 18:00 przed bramą zaparkowało czarne sportowe Porsche. Ten kretyn nawet auta nie zmienił. Ja w tym czasie miałem już chyba z osiem aut. Nagle zapadła niezręczna cisza i zobaczyłem jak do Nialla  podchodzi Justin.

- Niall! Przyjacielu! Już myślałem, że o mnie zapomniałeś. - powiedział Bieber kiedy stał tuż przed nim.
- Jak bym mógł zapomnieć. Przecież wiszę ci jeszcze 40 tysięcy. - powiedział Niall a mnie zatkało.
- Racja. Jak mogłem o tym zapomnieć. - powiedział Justin i zaśmiał się gardłowo. - To...To dosyć dziwne miejsce na oddanie długu. Nie uważasz?  - zapytał po chwili.
- Nie. Uznałem, że tak będzie lepiej. Jak będziemy sami. Bez światków. - powiedział Niall i rozejrzał się tak jak się umówiliśmy.
- No w sumie racja. Dobra Horan do rzeczy bo nie mam czasu. Kasa. - powiedział Justin i wyciągnął rękę w stronę Ni.
- No bo widzisz Jus. Nie mam tej kasy... - zaczął powoli blondyn.
- Jak to nie masz?! To do kurwy po co do mnie dzwoniłeś?! - wkurzył się Jus.
- Pomyślałem, że będziesz chciał się spotkać ze starymi znajomymi. - powiedział Ni a by po tych słowach wszyscy ( oprócz mojego ojca ) wyszliśmy ze swoich kryjówek.
- Co do kurwy? Co to ma być? - zapytał Bieber kiedy nas zobaczył.
- Co tam Jus? Nie cieszysz się na nasz widok? - zapytałem z sarkazmem.
- Tomlinson? Payne? Hemmings? Styles? Nie. To nie możliwe. - powiedział i zaczął się wycofywać.
- A jednak. A teraz mnie posłuchaj uważnie. Już nigdy nie skrzywdzisz żadnej dziewczyny. - powiedział Loczek i wymierzył prawego sierpowego Justinowi. Bieber nie pozostał mu dłużny. Chciał mu oddać ale mój przyjaciel zrobił szybki unik i ponownie mu przyłożył. Wiedziałem, że Hazz potrzebuje chwili na rozładownie złości. Kiedy tak z szósty raz mu przyłożył wiedziałem, że teraz nasza kolej. Kiwnąłem głową do chłopaków i teraz w pięciu biliśmy Biebera. Każdy z nas miał powód. Harry - ten skurwiel zgwałcił jego siostrę. Li - jego dziewczyna pięć lat temu pod wpływem dopalaczy skoczyła z mostu. Luke - jego kuzyn przedawkował biały proszek który miał od Jusa. A ja? Bardzo proste. Jus postrzelił trzy lata temu moją macochę, która była w piątym miesiącu ciąży. Mściłem się w sumie za ojca bo wiem, że ten by go zabił. Nie wiedziałem tylko jaki powód miał Ni. Pomyślałem,  że może kiedyś nam o tym powie. Nie wiem jak długo go tak biliśmy kiedy ledwo się ruszał leżąc na ziemi odsunęliśmy się od niego a ja zawołałem ojca. Ten zakuwając mu ręce w kajdanki mówił mu zarzuty za jakie został zatrzymany.
- Justinie Bieberze jesteś aresztowany za handel narkotykami, nielegalne posiadanie broni, gwałt na Angeli Styles. Za podawanie Amy Crawford środków odurzających i namawianie jej do odebrania sobie życia co niestety uczyniła. Sprzedasz narkotyków nieletniemu Calumowi Hemmings przez co chłopak zmarł. I trzy morderstwa ze szczególnym okrucieństwem. - powiedział mój ojciec kiedy stawiał Biebera do pionu.
- Zaraz? Jak to trzy? - spojrzałem na niego pytająco.
- Za morderstwo mojej żony Amandy i naszego nienarodzonego dziecka oraz Cathy Snow. - powiedział i spojrzał na mnie a potem na Nialla. To był powód dla którego to zrobił. Teraz zrozumiałem.
- Ile mu grozi? - zapytał Luke.
- To i tak nie wszystkie zarzuty. Ale myślę, że dożywocie powinien dostać. - powiedział mój ojciec po czym razem z Jusem poszli z cmentarza. Staliśmy tak chwilę aż nagle odezwał się Li.
- Więc... Ni.. Ta Cathy Snow to był dla ciebie ktoś ważny? - zapytał nie pewnie.
- Tak. Była moją narzeczoną. Mieliśmy razem polecieć do Polski i tam się pobrać. Teraz tylko marzę o tym aby zobaczyć się z Mileną i jej wszystko wyjaśnić. - powiedział i spojrzał na mnie.
- Rozumiem cię. Jedź za Harrym. Milena mieszka u niego od momentu kiedy tu przyleciała. - powiedziałem.
- Dzięki chłopaki. Cześć. - powiedział Ni i odeszli razem z Harrym.
- Chyba pojadę na normalny cmentarz na grób Amy. Muszę jej powiedzieć, że to już koniec. - powiedział Li i również ruszył w stronę swojego auta. Patrzyliśmy razem z Lukiem jak odchodzi.
- A ty co teraz zrobisz? - zapytał mnie Luke.
- Ja? To co powinienem zrobić już w piątek wieczorem. Jadę do Cysi. Chcę ją przeprosić i wszytko wyjaśnić. A ty? - zapytałem i odpaliłem fajkę.
- Pojadę na grób Caluma. Za cztery dni będą dwa lata jak nie żyje. Pojadę tam. - powiedział.
- To dobry pomysł. Zwijamy się. - powiedziałem i klepiąc mojego przyjaciela po ramieniu ruszyliśmy w stronę naszych aut. Kiedy byłem przy swoim aucie skończyłem palić fajkę i wsiadłem do auta. Odpaliłem je i sprawdziłem która godzina. Zegarek na ekranie mojego telefonu pokazywał 20:10. Pomyślałem, że pojadę do tej kwiaciarni co jest obok mojego mieszkania. Kupię tam błękitne róże dla Cysi i pojadę do niej. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Po 20 minutach byłem w kwiaciarni i miałem szczęście bo został ostatni bukiet błękitnych róż. Zapłaciłem za kwiaty z dość sporym napiwkiem i najszybciej jak to było możliwe pojechałem do domu Cysi. Kiedy parkowałem na podjeździe dochodziła 20:45. Szybki jestem. Wyciągnąłem kwiaty z auta i upewniając się, że nie jestem nigdzie brudny od krwi Jusa podszedłem do drzwi. Wziąłem głęboki oddech i zadzwoniłem dzwonkiem. Po chwili drzwi otworzyła mi Cysia, która nie patrzyła na mnie tylko gładziła się po brzuchu. Uśmiechnąłem się na ten widok. Kiedy ta podniosła oczy przestała wykonywać daną czynność. Patrzyła na mnie i po chwili ciszy odezwała się.
- Lou? To ty? Co ty tu robisz? - zapytała jak by nie wierzyła, że to ja.
- Hej Cysia. Ja... Ja chciałem cię przeprosić. Kocham Cię i nie chcę stracić. Ciebie i naszego dziecka. - powiedziałem i spojrzałem w jej piękne oczy. Myślałem, że coś powie. Zamiast tego rzuciła mi się na szyję a nasze usta złączyła w delikatnym pocałunku. Nie sądziłem, że mi wybaczy. Tak mocno ją.... Ich Kocham. Cysię i nasze jeszcze nienarodzone dziecko.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani. I oto rozdział już drugi dzisiaj dodany przeze mnie. Jak wam się podoba? Pozdrawiam i do nn....
~Mrs. Tomlinson...


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz