,, Mężczyzna może być szczęśliwy z każdą kobietą,
o ile jej tylko nie kocha..''
Oskar Wilde
* Cysia P.O.V*
* 01.01.2013 roku *
* Godz. 15:40 - szpital *
Dziś nowy rok. Za kilka miesięcy na świecie pojawią się moje aniołki. Niestety nie wiem co z Lou. Nie wiem też czy list, który napisałam został mu przekazany. Mam cichą nadzieję, że go dostał. Teraz jednak wszyscy siedzimy przed drzwiami prowadzącymi na Oiom. Chociaż jak tak patrzę na Luka, Nialla i Hazze to im przydała by się izba wytrzeźwień. No ja rozumiem, że wczoraj był Sylwester i trzeba było to uczcić no ale bez przesady. Siedzą i wszyscy leczą kaca po przez picie wody. Tylko ja i dziewczyny byłyśmy grzeczne. Powiedziały, że skoro ja nie mogę pić to one też nie będą. I chłopcy to wykorzystali. Ale to nie ważne. Mają nauczkę i mam nadzieję, że więcej się już tak nie upiją. Rano no może nie aż tak rano ale około 12 zadzwonił do mnie lekarz Liama. Powiedział abyśmy przyjechali bo chcą się podjąć wybudzenia go. Nareszcie. Wybudzają go po 4 dniach. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze i uda im się wybudzić Liama za pierwszym podejściem. Czekamy na korytarzu już dobre 40 minut kiedy nagle drzwi Oiomu otworzyły się i wyszedł do nas lekarz. Powiedział, że stan Liama jest na tyle dobry, że podejmują próbę wybudzenia go. Ze szczęścia miałam aż łzy w oczach. Lekarz wrócił na salę a my stanęliśmy wszyscy przy szybach i obserwowaliśmy co się tam dzieję. Nagle ciało Liama wygięło się w pół i wydał z siebie głośny jęk. Lekarz spojrzał na nas i z uśmiechem na twarzy pokiwał twierdząco głową. Udało się. Wybudzili Liama. Po moich policzkach płynęły łzy. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Zobaczyłam, że to Ann. Uśmiechała się do mnie i również płakała. Patrzyliśmy dłużą chwilę na Liama. Rozmawiał z lekarzem. Kiedy nas zobaczył uśmiechną się i pomachał do nas po czym powiedział coś lekarzowi. Ten przytakną głową i wyszedł do nas. Powiedział nam, że stan naszego przyjaciela jest stabilny, i że Liam chcę ze mną porozmawiać. Zdziwiłam się ale weszłam za lekarzem do sali. Ubrałam specjalny zielony fartuch i podeszłam do łóżka na którym leżał Liam. Usiadłam na krzesełku i złapałam go za rękę. Mocno chodź delikatnie ścisnął moją dłoń.
- Hej malutka. - powiedział i uśmiechną się.
- Hej bohaterze. - powiedziałam przez łzy.
- Heh.. Jaki tam ze mnie bohater. - powiedział i sykną z bólu.
- Dla mnie jesteś bohaterem. Dla nas. - powiedziałam i położyłam dłoń na brzuchu.
- Jak się czujesz Cysia? Wszystko dobrze? - zapytał i popatrzył na mnie troskliwie.
- Tak. Wszystko dobrze. Dzieci rozwijają się prawidłowo. Ciągle się ruszają. Wszystko jest dobrze. - powiedziałam i pogładziłam się po brzuchu.
- To dobrze. Bardzo się cieszę. - powiedział i posłał mi ciepły uśmiech, który odwzajemniłam.
- A ty jak się czujesz? - zapytałam i otarłam łzy z twarzy.
- Dobrze. Chociaż trochę boli. I wiem, że moja piękna twarz przez jakiś czas będzie sina i podrapana. A głowa zabandażowana. Ale da się przeżyć. - powiedział i ponownie syknął z bólu.
- Liam... Ja... Ja przepraszam. - powiedziałam i spuściłam wzrok.
- Ej za co ty mnie przepraszasz? Nie masz za co. - powiedział.
- Mam. Bo gdybym wiedziała... Gdybym wiedziała wcześniej, że Lou ćpa.. To już dawno był by na leczeniu. - powiedziałam i ponownie zaczęłam płakać.
- Cysia posłuchaj. Ty nie masz mnie za co przepraszać. Uwierz mi. Nikt z nas nie wiedział tak naprawdę jak długo Lou brał. A przed tobą się maskował. Chcę abyś wiedziała jedno. Ja wybaczam Lou. Luke może być zły i nawet go rozumiem. Ale ja wybaczam Lou i nie będę składał doniesienia na policję. Wiem, że nie był sobą gdy mnie pobił. - powiedział i otarł łzy z mojej twarzy.
- Naprawdę? Oh Liam... Dziękuję. - powiedziałam i dałam mu całusa w policzek.
- Nie masz za co dziękować. A tak przy okazji to szczęśliwego nowego roku. I przekaż proszę te życzenia wszystkim. - powiedział z uśmiechem.
- Tobie również. Oby był lepszy niż poprzedni. I oczywiście przekaże. - powiedziałam.
- Przepraszam ale powinna pani już iść. Pan Payne powinien dużo odpoczywać. - powiedziała pielęgniarka, która sprawdzała coś przy kroplówce Liama.
- Tak. Już idę. Trzymaj się Li. Wpadniemy znowu za jakiś czas. - powiedziałam i ucałowałam go w policzek.
- Pa Cysia. I powiedz im tam wszystkim, że jeszcze będę żył. - powiedział i również dał mi całusa. Po tym wyszłam z sali. Pozostali siedzieli pod salą i czekali na mnie. Brakowało tylko Luka. Podeszłam do reszty.
- Idziemy? - zapytałam i wszyscy na mnie spojrzeli.
- Tak. A powiedz jak Liam? Możemy jeszcze do niego wejść? - zapytał Niall.
- Liam czuje się dobrze. Prosił abym przekazała wam życzenia noworoczne, i że jeszcze będzie żył. - powiedziałam i wszyscy zaśmialiśmy się na te słowa.
- Cały Liam. Dobrze, że poczucie humoru go nie opuściło. A możemy jeszcze do niego iść? - zapytał Harry.
- Nie. Pielęgniarka powiedziała, że Li musi teraz dużo odpoczywać. Możemy przyjść do niego za kilka dni. - powiedziałam i lekko się uśmiechnęłam. Nawet nie wiem kiedy a był już z nami Luke.
- Dobra kochani. Widzę, że Cysia już jest to co? Idziemy? - zapytał Luke. Wszyscy kiwnęliśmy głowami na tak i ruszyliśmy w stronę wyjścia ze szpitala. Szliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim co się da. Jednak głównym tematem był stan zdrowia Liama. Oczywiście nie powiedziałam im o tym, że Li nie złoży doniesienia na policję. Nadal nie mogę w to uwierzyć. Nagle poczułam dość mocny ból w podbrzuszu. Zatrzymałam się i złapałam za brzuch. Nie mogłam zrobić kroku.
- Ała!! - krzyknęłam i reszta się zatrzymała.
- Cysia! - krzyknęli jednocześnie.
- Siostra co się dzieje?! - pyta Luke.
- Nie wiem! Boli! Ała! - krzyczę ponownie z bólu.
- Cysia nie odlatuj! - słyszę Ann jak krzyczy. To ostanie co pamiętam.
* Dani P.O.V.*
* 16:55*
* Szpital - oddział patologi ciąży *
Luke rozmawia z lekarzem Cysi, ja razem z resztą czekamy przed jej salą. Gdy rozmawiała z Li wszystko było dobrze. A dosłownie kilka kroków przed wyjściem zaczęło ją boleć i zemdlała. Bardzo się o nią boję. I o dzieci. Nagle podszedł do nas Luke ze łzami w oczach. Był załamany. Co się do cholery dzieje? Luke spojrzał na mnie i zaczął kiwać głową a po chwili przytulił się do mnie i zaczął płakać. To zły znak. Odsunęłam się od niego i złapałam za ramiona po czym spojrzałam w oczy. Po jego twarzy płynęły łzy. Coś się dzieje. Tylko co? On ciągle milczy.
- Luke kochanie. Co się dzieje? - zapytałam.
- Luke... Powiedz co z Marceliną i dziećmi? - powiedział Harry i podszedł do mnie.
- Muszę jechać do Lou. - powiedział i chciał nas wyminąć ale nie pozwoliliśmy na to.
- Luke co ty mówisz? Po co chcesz jechać do Louisa ? - zapytał Niall.
- Muszę mu powiedzieć... Muszę mu powiedzieć.. - ciągle powtarzał.
- Luke... A co musisz mu powiedzieć.? - zapytała Ann.
- Muszę mu powiedzieć, że życie Cysi i dzieci są zagrożeni. - powiedział Luke i zaczął płakać jeszcze bardziej.
- Jak to zagrożeni?! Co ty wygadujesz?! Luke proszę powiedz co się dzieje?! - krzyczała Milena przez łzy.
- Lekarz powiedział.. Lekarz powiedział, że jedno z dzieci jest owinięte w pępowinę... Owinięte przy szyi... A Cysia... Cysia ma bardzo niskie ciśnienie co powoduje słabe pompowanie krwi z witaminami do dzieci. Lekarz powiedział, że jeśli to się nie poprawi to trzeba będzie szybciej rozwiązać ciążę. - powiedział i usiadł na krześle chowając twarz w dłonie i nadal płakał.
- Luke co ty mówisz? Jesteś tego pewny? - zapytał Niall.
- Tak. To mi powiedział lekarz. - odpowiedział blondyn i nadal płakał.
- Dobra... Niall i Ann pojedziecie z Lukiem do domu. On musi odpocząć. Nie może tu być. Milena pójdziesz do Liama i powiesz mu o Cysi. Potem weźmiesz moje auto i pojedziesz do domu. A ja z Harrym pojedziemy do Lou. Mimo wszytko on musi wiedzieć o Cysi i dzieciach. - powiedziałam i dałam Milenie kluczyki a następnie wyszłam ze szpitala i razem z Harrym pojechaliśmy do kliniki.
Droga do kliniki dłużyła się. Nie wiem jak powiedzieć Lou, że Cysia i dzieci są zagrożone.Nie wiem jak to jest możliwe. Tyle czasu było wszystko dobrze. I nagle okazuje się, że jeden z maluszków jest owinięty pępowiną, Cysia ma bardzo niskie ciśnie. Nie to się nie dzieje naprawdę. Przymknęła oczy aby nie pozwolić łzom na spłynięcie po policzkach. Cysia jest dla mnie jak siostra, którą zawsze chciałam mieć. Jak teraz myślę o tym, że coś może stać się jej i dzieciom.. Nic im nie będzie. Nie może. Kiedy otworzyłam oczy Harry właśnie parkował pod kliniką. Louis był tu jakiś czas. Dosłownie kilka dni. A teraz ma wyjść. Musi opuścić to miejsce bo jego narzeczonej i dzieciom grozi niebezpieczeństwo. Wysiadłam z pojazdu i patrzyłam na ogromny budynek. Louis znajdował się na 4 piętrzę. Przeniosłam wzrok na Hazze. Stał oparty o maskę samochodu i palił papierosa. Nie mogłam na niego czekać dlatego sama weszłam do kliniki. Na recepcji nie zwróciłam uwagi na młodą dziewczynę tylko od razu udałam się do windy i wjechałam na dane piętro. Gdy winda stanęła wzięłam głęboki oddech i wyszłam na korytarz. Osoby które znajdowały się na korytarzu patrzyły tylko na mnie. Starałam się to zignorować i skierowałam się do gabinetu doktora Salvatore. Zapukała dwa razy ale nikt nie odpowiedział. Odczekałam chwilę i ponownie zapukałam. Nadal cisza. Nie wytrzymałam i złapałam za klamkę. Drzwi otwarły się a moim oczom ukazał się nietypowy widok. W gabinecie był Louis. Siedział na kozetce obok lekarza i płakał. Nie wiedziałam co mam zrobić. Chciałam wyjść ale było za późno. Wzrok lekarza spotkał się z moim.
- O! Pani Daniell. Witam. Coś się stało? - zapytał i podszedł do mnie podając mi dłoń.
- Witam. Ja... Ja chciałam z panem porozmawiać. A potem z Lou jeśli to możliwe. Ale widzę, że chyba przeszkadzam. Może lepiej pójdę. - powiedziałam i zaczęłam się wycofywać.
-Nie proszę zostać. My już skończyliśmy na dzisiaj. Louis możesz wrócić już do swojego pokoju. - powiedział po czym brunet z uśmiechem i ocierając łzy wyszedł z gabinetu.
- Panie doktorze.. - zaczęłam i przerwałam na chwilę.
- Tak? Proszę usiąść. - powiedział i wskazał na krzesło.
- Bo ja... Ja chciałam prosić o to aby zwolnił pan Louis z leczenia. Wiem, że to dziwna prośba bo Lou jest tu od kilku dni ale to mega ważna sprawa. - powiedziałam i poczułam jak łzy napływają mi do oczu.
- Nie będę ukrywał, że to faktycznie dziwna prośba. Nie rozumiem tylko dlaczego o to pani prosi? - zapytał i pochylając się spojrzał mi w oczy.
- Chodzi o Marcelinę i dzieci. Cysia jest w szpitalu. Ma słabe ciśnienie a jedno z dzieci jest owinięte pępowiną. Nie wiadomo czy przeżyje. Dla tego chciałam zabrać Lou. Chciałam aby pojechał ze mną do nich. - powiedziałam a po mojej twarzy płynęły łzy.
- O matko. Rozumiem. Powiem tak.. Mimo tak krótkiego pobytu tutaj u Luisa już jest poprawa. On żałuje tego, że brał narkotyki i tego, że pobił waszego przyjaciela. Ciągle powtarza, że chce się wyleczyć dla Cysi i dzieci. Wychodzi mu to. Po tym co pani powiedziała jestem zmuszony pozwolić pani go zabrać. Ale mam jeden warunek. Gdy tylko stan Marceliny i dzieci się poprawi Louis musi tutaj wrócić. - powiedział i oparł się o swój fotel.
- Oczywiście. Osobiście go tutaj odwiozę. Dziękuję panu. - powiedziałam i otarłam łzy.
- Nie ma za co. A teraz niech chwilę pani poczeka. Pójdę po Louisa. - powiedział i wyszedł z gabinetu. Nie minęły dwie minuty a do pomieszczenia wszedł Louis.
- Hej Dani. - powiedział z uśmiechem i przytulił mnie na powitanie.
- Hej Lou. - powiedziałam starając się panować nad swoim drżącym głosem.
- Płakałaś? Dani czy coś się dzieje? - zapytał i otarł łzę, która spłyneła mi po policzku.
- Cysia jest w szpitalu. Ona i dzieci.. Ich życie jest zagrożone. - powiedziałam i ponownie łzy spływały mi po policzkach.
- Co?! Dani co z Cysią i dziećmi?! Co z nimi?! - krzyczał.
- Musisz jechać ze mną. Już masz zgodę od pana doktora. - powiedziałam a Lou odwrócił się za siebie.
- Naprawdę? Mogę? - zapytał lekarza.
- Tak Louis. Jedź do nich. Tylko potem tutaj wróć. - powiedział doktor Salvatore i uścisnął Louisowi dłoń.
- Dziękuję. Do widzenia. - powiedział i wyszedł z gabinetu.
- Do widzenia. I jeszcze raz dziękuję. - powiedziałam i uścisnęłam dłoń lekarzowi.
- Naprawdę nie ma za co. Do widzenia. - powiedział a ja wyszłam z gabinetu za Lou. Czekał już na windę. Całą drogę do wyjścia milczeliśmy. Kiedy wyszliśmy z kliniki Lou przywitał się z Harrym i udaliśmy się do szpitala. W drodze powiedziałam Lou co jest dokładnie Cysi i dzieciom. Wtedy widziałam jak płaczę. Jak płaczę prawdziwie. Tak jak w gabinecie pana Salvatore.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani. Wracam do was. Mam nadzieję, że wybaczycie mi tak długą nieobecność i że rozdział wam się podoba. Do NN^^;*
- Idziemy? - zapytałam i wszyscy na mnie spojrzeli.
- Tak. A powiedz jak Liam? Możemy jeszcze do niego wejść? - zapytał Niall.
- Liam czuje się dobrze. Prosił abym przekazała wam życzenia noworoczne, i że jeszcze będzie żył. - powiedziałam i wszyscy zaśmialiśmy się na te słowa.
- Cały Liam. Dobrze, że poczucie humoru go nie opuściło. A możemy jeszcze do niego iść? - zapytał Harry.
- Nie. Pielęgniarka powiedziała, że Li musi teraz dużo odpoczywać. Możemy przyjść do niego za kilka dni. - powiedziałam i lekko się uśmiechnęłam. Nawet nie wiem kiedy a był już z nami Luke.
- Dobra kochani. Widzę, że Cysia już jest to co? Idziemy? - zapytał Luke. Wszyscy kiwnęliśmy głowami na tak i ruszyliśmy w stronę wyjścia ze szpitala. Szliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim co się da. Jednak głównym tematem był stan zdrowia Liama. Oczywiście nie powiedziałam im o tym, że Li nie złoży doniesienia na policję. Nadal nie mogę w to uwierzyć. Nagle poczułam dość mocny ból w podbrzuszu. Zatrzymałam się i złapałam za brzuch. Nie mogłam zrobić kroku.
- Ała!! - krzyknęłam i reszta się zatrzymała.
- Cysia! - krzyknęli jednocześnie.
- Siostra co się dzieje?! - pyta Luke.
- Nie wiem! Boli! Ała! - krzyczę ponownie z bólu.
- Cysia nie odlatuj! - słyszę Ann jak krzyczy. To ostanie co pamiętam.
* Dani P.O.V.*
* 16:55*
* Szpital - oddział patologi ciąży *
Luke rozmawia z lekarzem Cysi, ja razem z resztą czekamy przed jej salą. Gdy rozmawiała z Li wszystko było dobrze. A dosłownie kilka kroków przed wyjściem zaczęło ją boleć i zemdlała. Bardzo się o nią boję. I o dzieci. Nagle podszedł do nas Luke ze łzami w oczach. Był załamany. Co się do cholery dzieje? Luke spojrzał na mnie i zaczął kiwać głową a po chwili przytulił się do mnie i zaczął płakać. To zły znak. Odsunęłam się od niego i złapałam za ramiona po czym spojrzałam w oczy. Po jego twarzy płynęły łzy. Coś się dzieje. Tylko co? On ciągle milczy.
- Luke kochanie. Co się dzieje? - zapytałam.
- Luke... Powiedz co z Marceliną i dziećmi? - powiedział Harry i podszedł do mnie.
- Muszę jechać do Lou. - powiedział i chciał nas wyminąć ale nie pozwoliliśmy na to.
- Luke co ty mówisz? Po co chcesz jechać do Louisa ? - zapytał Niall.
- Muszę mu powiedzieć... Muszę mu powiedzieć.. - ciągle powtarzał.
- Luke... A co musisz mu powiedzieć.? - zapytała Ann.
- Muszę mu powiedzieć, że życie Cysi i dzieci są zagrożeni. - powiedział Luke i zaczął płakać jeszcze bardziej.
- Jak to zagrożeni?! Co ty wygadujesz?! Luke proszę powiedz co się dzieje?! - krzyczała Milena przez łzy.
- Lekarz powiedział.. Lekarz powiedział, że jedno z dzieci jest owinięte w pępowinę... Owinięte przy szyi... A Cysia... Cysia ma bardzo niskie ciśnienie co powoduje słabe pompowanie krwi z witaminami do dzieci. Lekarz powiedział, że jeśli to się nie poprawi to trzeba będzie szybciej rozwiązać ciążę. - powiedział i usiadł na krześle chowając twarz w dłonie i nadal płakał.
- Luke co ty mówisz? Jesteś tego pewny? - zapytał Niall.
- Tak. To mi powiedział lekarz. - odpowiedział blondyn i nadal płakał.
- Dobra... Niall i Ann pojedziecie z Lukiem do domu. On musi odpocząć. Nie może tu być. Milena pójdziesz do Liama i powiesz mu o Cysi. Potem weźmiesz moje auto i pojedziesz do domu. A ja z Harrym pojedziemy do Lou. Mimo wszytko on musi wiedzieć o Cysi i dzieciach. - powiedziałam i dałam Milenie kluczyki a następnie wyszłam ze szpitala i razem z Harrym pojechaliśmy do kliniki.
Droga do kliniki dłużyła się. Nie wiem jak powiedzieć Lou, że Cysia i dzieci są zagrożone.Nie wiem jak to jest możliwe. Tyle czasu było wszystko dobrze. I nagle okazuje się, że jeden z maluszków jest owinięty pępowiną, Cysia ma bardzo niskie ciśnie. Nie to się nie dzieje naprawdę. Przymknęła oczy aby nie pozwolić łzom na spłynięcie po policzkach. Cysia jest dla mnie jak siostra, którą zawsze chciałam mieć. Jak teraz myślę o tym, że coś może stać się jej i dzieciom.. Nic im nie będzie. Nie może. Kiedy otworzyłam oczy Harry właśnie parkował pod kliniką. Louis był tu jakiś czas. Dosłownie kilka dni. A teraz ma wyjść. Musi opuścić to miejsce bo jego narzeczonej i dzieciom grozi niebezpieczeństwo. Wysiadłam z pojazdu i patrzyłam na ogromny budynek. Louis znajdował się na 4 piętrzę. Przeniosłam wzrok na Hazze. Stał oparty o maskę samochodu i palił papierosa. Nie mogłam na niego czekać dlatego sama weszłam do kliniki. Na recepcji nie zwróciłam uwagi na młodą dziewczynę tylko od razu udałam się do windy i wjechałam na dane piętro. Gdy winda stanęła wzięłam głęboki oddech i wyszłam na korytarz. Osoby które znajdowały się na korytarzu patrzyły tylko na mnie. Starałam się to zignorować i skierowałam się do gabinetu doktora Salvatore. Zapukała dwa razy ale nikt nie odpowiedział. Odczekałam chwilę i ponownie zapukałam. Nadal cisza. Nie wytrzymałam i złapałam za klamkę. Drzwi otwarły się a moim oczom ukazał się nietypowy widok. W gabinecie był Louis. Siedział na kozetce obok lekarza i płakał. Nie wiedziałam co mam zrobić. Chciałam wyjść ale było za późno. Wzrok lekarza spotkał się z moim.
- O! Pani Daniell. Witam. Coś się stało? - zapytał i podszedł do mnie podając mi dłoń.
- Witam. Ja... Ja chciałam z panem porozmawiać. A potem z Lou jeśli to możliwe. Ale widzę, że chyba przeszkadzam. Może lepiej pójdę. - powiedziałam i zaczęłam się wycofywać.
-Nie proszę zostać. My już skończyliśmy na dzisiaj. Louis możesz wrócić już do swojego pokoju. - powiedział po czym brunet z uśmiechem i ocierając łzy wyszedł z gabinetu.
- Panie doktorze.. - zaczęłam i przerwałam na chwilę.
- Tak? Proszę usiąść. - powiedział i wskazał na krzesło.
- Bo ja... Ja chciałam prosić o to aby zwolnił pan Louis z leczenia. Wiem, że to dziwna prośba bo Lou jest tu od kilku dni ale to mega ważna sprawa. - powiedziałam i poczułam jak łzy napływają mi do oczu.
- Nie będę ukrywał, że to faktycznie dziwna prośba. Nie rozumiem tylko dlaczego o to pani prosi? - zapytał i pochylając się spojrzał mi w oczy.
- Chodzi o Marcelinę i dzieci. Cysia jest w szpitalu. Ma słabe ciśnienie a jedno z dzieci jest owinięte pępowiną. Nie wiadomo czy przeżyje. Dla tego chciałam zabrać Lou. Chciałam aby pojechał ze mną do nich. - powiedziałam a po mojej twarzy płynęły łzy.
- O matko. Rozumiem. Powiem tak.. Mimo tak krótkiego pobytu tutaj u Luisa już jest poprawa. On żałuje tego, że brał narkotyki i tego, że pobił waszego przyjaciela. Ciągle powtarza, że chce się wyleczyć dla Cysi i dzieci. Wychodzi mu to. Po tym co pani powiedziała jestem zmuszony pozwolić pani go zabrać. Ale mam jeden warunek. Gdy tylko stan Marceliny i dzieci się poprawi Louis musi tutaj wrócić. - powiedział i oparł się o swój fotel.
- Oczywiście. Osobiście go tutaj odwiozę. Dziękuję panu. - powiedziałam i otarłam łzy.
- Nie ma za co. A teraz niech chwilę pani poczeka. Pójdę po Louisa. - powiedział i wyszedł z gabinetu. Nie minęły dwie minuty a do pomieszczenia wszedł Louis.
- Hej Dani. - powiedział z uśmiechem i przytulił mnie na powitanie.
- Hej Lou. - powiedziałam starając się panować nad swoim drżącym głosem.
- Płakałaś? Dani czy coś się dzieje? - zapytał i otarł łzę, która spłyneła mi po policzku.
- Cysia jest w szpitalu. Ona i dzieci.. Ich życie jest zagrożone. - powiedziałam i ponownie łzy spływały mi po policzkach.
- Co?! Dani co z Cysią i dziećmi?! Co z nimi?! - krzyczał.
- Musisz jechać ze mną. Już masz zgodę od pana doktora. - powiedziałam a Lou odwrócił się za siebie.
- Naprawdę? Mogę? - zapytał lekarza.
- Tak Louis. Jedź do nich. Tylko potem tutaj wróć. - powiedział doktor Salvatore i uścisnął Louisowi dłoń.
- Dziękuję. Do widzenia. - powiedział i wyszedł z gabinetu.
- Do widzenia. I jeszcze raz dziękuję. - powiedziałam i uścisnęłam dłoń lekarzowi.
- Naprawdę nie ma za co. Do widzenia. - powiedział a ja wyszłam z gabinetu za Lou. Czekał już na windę. Całą drogę do wyjścia milczeliśmy. Kiedy wyszliśmy z kliniki Lou przywitał się z Harrym i udaliśmy się do szpitala. W drodze powiedziałam Lou co jest dokładnie Cysi i dzieciom. Wtedy widziałam jak płaczę. Jak płaczę prawdziwie. Tak jak w gabinecie pana Salvatore.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani. Wracam do was. Mam nadzieję, że wybaczycie mi tak długą nieobecność i że rozdział wam się podoba. Do NN^^;*
~Mrs. Tomlinson...



