piątek, 24 listopada 2017

Rozdział 32

Muzyka

,, Matematyka jest alfabetem,
przy pomocy którego Bóg opisał wszechświat."
                                                              Galileusz


* Luke P.O.V *
* Samochód Harry'ego *
* W drodze do kliniki uzależnień *

  Nie mogę w to uwierzyć. Ten skurwiel znowu to zrobił. Naćpał się. A jeszcze dwie godziny temu wszystko było dobrze. Szczęśliwy jechał zarezerwować datę ślubu. A teraz wrócił na haju i w dodatku bez powodu pobił Li. Jeśli coś mu się stanie przysięgam na Cysię i jej dzieci, że zabiję Lou. Nawet jeśli by się to wiązało z tym, że pójdę do więzienia. Zrobię to. Spojrzałem na tylne siedzenie. Brunet spał. Zasnął zaraz jak tylko Hazza wsadził go do auta. I bardzo dobrze. Inaczej bym mu przyłożył tak aby stracił przytomność. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Cysia to widziała. Widziała Lou naćpanego i w dodatku jak biję Li. Nagle się zatrzymaliśmy. Wysiadłem i zobaczyłem przed sobą ogromny budynek. Ostatni raz byłem tu dwa lata temu. Kiedy jeszcze żył tata. Nie sądziłem, że jeszcze tu przyjadę. Myślałem, że nie będzie to nigdy konieczne. Niestety muszę pomóc przyjacielowi. Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Hazzy.

- Emm... Luke.. Skąd wiesz, że go przyjmą? To prywatna klinika dla osób uzależnionych. - powiedział i spojrzał na Lou przez szybę. 
- Widzisz Harry. Oto kolejna rzecz o której o mnie nie wiecie. - powiedziałem i spojrzałem ponownie na ogromny budynek.
- Stary możesz mówić wyraźniej? Bo nic nie rozumiem. - powiedział Loczek ze zdziwioną miną.
- Heh... Widzisz stary w tej klinice pracował mój tata. Był ordynatorem tego oddziału gdzie trafi Lou. - powiedziałem i otwarłem drzwi aby wyciągnąć fajki. 
- Dlaczego wcześniej nic nie powiedziałeś? - zapytał i sam odpalił fajkę.
- Szczerze? Nie powiedziałem bo się tego wstydziłem, że mój ojciec leczył takich ludzi. Jednak to w sumie tu poznałem Lou. - powiedziałem i zaciągnąłem się dymem.
- Jak to tutaj go poznałeś?! Teraz to już nic nie ogarniam. - powiedział Styles. 
- Poznałem go gdy pięć lat temu był tu na pierwszym leczeniu. Mój ojciec był jego lekarzem prowadzącym. - powiedziałem ponownie zaciągnąłem się dymem. 
- Powiedzmy, że zaczynam rozumieć. - powiedział Loczek patrząc na budynek.
- Ehh... Słuchaj Harry. Pięć lat temu miałem 17 lat. Popełniłem wtedy przestępstwo. Drobne ale jednak. Sąd powiedział, że mam odpracować 250 godzin społecznie. Padło na to, że codziennie po szkole pomagałem ojcu tutaj. Kiedy przyszedłem pierwszego dnia Lou już tu był. Był tu piąty miesiąc. Jeszcze było z nim źle ale nie tak jak na początku. Wtedy zamknęła go tu matka. - powiedziałem i zgasiłem peta.
- Aha. Cysia nic o tym nie wie? - zapytał Harry po chwili ciszy.
- Nie. Ja odbyłem karę i przestałem tu chodzić. Pierwszy raz spotkałem się z Lou rok temu po śmierci rodziców. Nie pamiętał mnie. Cieszyło mnie to. No a resztę już znasz. - powiedziałem i podszedłem do tylnych drzwi auta.
- Rozumiem. Na jakim oddziale twój tata był ordynatorem? - zapytał i podszedł do mnie.
- Na oddziale zamkniętym dla osób uzależnionych od leków i amfetaminy. I właśnie tam dzisiaj trafi Lou. - powiedziałem i otwarłem drzwi. Brunet dalej spał.
- Oddział zamknięty? To znaczy, że nie wolno go odwiedzać? - zapytał Harry.
- Dokładnie tak mój przyjacielu. - powiedziałem i w tym momencie podszedł do nas mężczyzna w białym fartuchu. 
- Luke. Witaj mój drogi. - powiedział i przywitał się ze mną mocnym uściskiem. 
- Dzień dobry panu. - powiedziałem kiedy się odsunął ode mnie. 
- Co cię tu sprowadza? Bo nie ukrywam, że zdziwił mnie twój telefon ostatnio. - powiedział i spojrzał na Loczka.
- Domyślam się. Ale może zacznę od początku. Panowie pozwolą. Panie doktorze to mój przyjaciel Harry Styles. Harry poznaj proszę ordynatora oddziału zamkniętego i najlepszego przyjaciela mojego taty doktora Damona Salvatore. - powiedziałem a ci podali sobie ręce.
- Miło mi pana poznać. - powiedział Harry kiedy zabierał dłoń.
- Mi ciebie również młody człowieku. Dobrze Luke. O co chodzi.? - powiedział mężczyzna i przeniósł na mnie wzrok.
- Chcę aby przyjął pan na oddział kogoś kto już tu był. Mój tata był jego lekarzem pięć lat temu. - powiedziałem i spojrzałem na śpiącego w aucie Lou.
- No wiesz Luke. Musisz sprecyzować o kogo chodzi. W tamtym czasie twój tata miał wielu pacjentów. - powiedział z uśmiechem.
- Chodzi mi o.. Lou... To znaczy Louisa Williama Tomlinsona. Wiem, że pan wie o kogo chodzi. - powiedziałem pewny siebie.
- Ależ oczywiście, że wiem. Luke tylko mi nie mów, że ten brunet znowu jest uzależniony? - powiedział zaskoczony Salvatore.
- Powiem prawdę. Louis znowu ćpa. Nie jest z nim najlepiej. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że on i moja siostra są razem. Cysia spodziewa się bliźniaków. A ich ojcem jest właśnie Lou. Proszę. Musi mi pan pomóc. - powiedziałem łamiącym się głosem.
- Jak to Marcelina jest w ciąży? Przecież ona ma dopiero 18 lat jak dobrze pamiętam. Luke jak to jest możliwe.? - dopytywał zdziwiony.
- Obiecuję, że wszystko panu wyjaśnię. Tylko błagam niech go pan przyjmie na oddział. - powiedziałem i spojrzałem na bruneta, który zaczął się przebudzać.
- No dobrze. Zaczekajcie chwilę. - powiedział i oddalił się. Z tego co widziałem rozmawiał przez telefon. Po chwili wrócił do nas. - Zaraz przyjdzie tu doktor Tyler Lockwood. Przyniesie dokumenty, które musicie podpisać. I pielęgniarka z wózkiem. Bo zgaduje, że pan Tomlinson siedzi w aucie. - powiedział z tym swoim uśmiechem, którego nie lubię.
- Jak zawsze ma pan rację. - powiedziałem i zaraz obok nas pojawił się drugi lekarz z dokumentami i pielęgniarka. - Przeczytajcie i podpiszcie. - powiedział Salvatore podając nam długopis i dokumenty. Po przeczytaniu wszystkiego razem z Harrym podpisaliśmy zgodę na przymusowe leczenie Lou. Wynikało też z tego, że nie będzie miał kontaktu ze światem zewnętrznym i tylko jeden z nas będzie powiadamiany o jego stanie zdrowia. W to miejsce wpisałem numer telefonu do siebie. Oddaliśmy mu papiery i już po chwili doktor Lockwood razem z pielęgniarką wsadzili Lou na wózek. Oddali nam jego rzeczy i poszli w stronę szpitala.
- Jutro rano przywiozę jego rzeczy. I dziękuje. - powiedziałem gdy cała trójka zniknęła za drzwiami.
- Dobrze. I nie ma za co Luke. Pamiętaj, że zawsze Wam pomogę. Tobie i Marcelinie. A teraz wybacz, ale muszę iść. Do widzenia. - powiedział i zaczął się oddalać.
- Do widzenia. - powiedzieliśmy równo z Harrym.
- Nikomu ani słowa, że Lou jest w tej klinice. A teraz jedziemy do szpitala. Ruszaj się. - powiedziałem i wsiadłem do auta na miejsce pasażera.
- Ma się rozumieć. Nikomu nie powiem. - powiedział kiedy siedział już obok mnie na miejscu kierowcy. Odpalił silnik i z piskiem opon pojechaliśmy do szpitala gdzie leżał Li. Modliłem się w duchu aby wszystko było dobrze.

* Milena P.O.V*
* W tym samym czasie *
* Szpital - przed blokiem operacyjnym *

- Niall błagam cię usiądź. - powiedziałam kiedy blondyn wracał z końca korytarza.
- Nie mogę. Denerwuje się. - powiedział i zaczął znowu chodzić jak poparzony.
- Ni błagam cię przestań tak łazić! - powiedziała lekko już wkurzona Ann.
- Nie rozumiem was. Jak możecie tak spokojnie siedzieć. - powiedział i zatrzymał się na chwilę.
- Kurwa mać Ni! My też się denerwujemy. Li to też nasz przyjaciel. Martwimy się. Ale błagam cię. Takie łażenie nic mu nie pomoże - krzyknęła Ann.
- Ehh... Masz rację. Przepraszam was. - powiedział i usiadł obok mnie chowając twarz w dłoniach.
- Niech to się już wszystko skończy. - powiedziałam i przytuliłam swojego kuzyna.
- Patrzcie. Idą Luke z Harrym. - powiedziała Ann a my spojrzeliśmy w tym samym kierunku co ona.
- I co z nim? - zapytał zdyszany Luke.
- Od godziny jest operowany. - powiedział Niall.
- Co mówią lekarze? - zapytał Hazza.
- Stracił dużo krwi. Ma złamane żebra i uszkodzoną wątrobę. A co najgorsze mocno zmasakrowaną czaszkę. Na raz ma dwie operację. - powiedziała Ann ze łzami w oczach.
- Ej mała nie płacz. Będzie dobrze. Liam to silny facet. - powiedział Luke i przytulił kolorowo włosom.
- A co zrobiliście z Lou? - zapytałam patrząc na swojego chłopaka.
- Jest na odwyku. - powiedział Loczek.
- Na jakim odwyku? Gdzieś tu w Londynie? - zapytał Ni.
- Nie. Po za Londynem. Nie ważne gdzie. A i jeszcze jedno. Nie mówcie nic Cysi. - powiedział  Harry tak jak ustaliliśmy po drodze.
- Ok. - powiedzieliśmy równocześnie i w tym momencie otwarły się drzwi od sali operacyjnej.
- I co z nim panie doktorze? - zapytał Ni gdy tylko wyszedł lekarz.
- A to państwo. Powiem tak. Najważniejsze będą najbliższe godziny. - powiedział patrząc na nas.
- Co to znaczy? - zapytał Luke.
- To znaczy, że operacja mózgu i rekonstrukcji czaszki nie jest łatwa. Teraz najważniejsze aby nie pojawił się krwiak śród czaszkowy to zagrożenie życia pana Payne minie. A teraz przepraszam. Muszę zajrzeć do innego pacjenta. - powiedział i nas zostawił.
- Całe szczęście. Oby tylko było dobrze. - powiedziałam z ulgą.
- I będzie. Dziewczyny jeździe do mnie do domu. Właśnie napisała do mnie Dani. Z Cysią nie jest za dobrze. - powiedział Luke patrząc na mnie i Ann.
- Dobrze. Pa chłopcy. Pa Harry. Kocham cię. Uważaj na siebie. - powiedziałam i pożegnałam się z chłopakiem a następnie razem z Ann opuściłyśmy szpital i pojechałyśmy do Cysi.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani. I oto jest rozdział 32. Jak wam się podoba? Czekam na jakieś wasze opinie i do nn.... ^^

~Mrs. Tomlinson...



 
 

środa, 22 listopada 2017

Wielkie przeprosiny.

   Hej kochani. Chciałam was przeprosić za to, że jeszcze nie ma kolejnego rozdziału. I nie ma dalszego wątku tej nieprzyjemnej sytuacji, która była w 31 rozdziale. Dlatego piszę do was teraz. Ostatnio na bloggerze coś się działo. Albo nie działał albo po prostu miałam napisaną połowę rozdziału i wszystko się wyłączało. Nie wiem dlaczego tak było. Dopiero wczoraj od godziny 23:00 jest wszystko ok. Ja też nie ukrywam, że uczę się jeszcze i ciężko jest mi tak teraz dodawać rozdziały. Postaram się dodać rozdział w piątek około godziny 21:00 i w niedzielę tak samo. Wiem, że często tak piszę, ale teraz naprawdę to zrobię. Mam nadzieję, że mi to wszystko wybaczycie i będziecie ze mną i naszymi bohaterami do samego końca.
  Pozdrawiam Was cieplutko i życzę miłego popołudnia i wieczoru. I do piątku. Pa...

~Mrs. Tomlinson... :)






 

czwartek, 16 listopada 2017

Rozdział 31


,, Lepiej zaliczać się do niektórych,
niż do wszystkich."


* Marcelina P.O.V*
* Wigilia *

,, [...]   - Marcelino Saro Hemmings czy uczynisz mnie najszczęśliwszym mężczyzną na świecie i wyjdziesz za mnie? - po tych słowach zapadła cisza a ja zamarłem.''

  Siedziałam przy stole i patrzyłam raz na Lou a raz na pierścionek, który chłopak założył mi na palec. Nie mogę uwierzyć w to co właśnie miało miejsce. W jadalni panowała niezręczna cisza. Wszyscy czekali na moją odpowiedź. Spojrzałam na rodzinę chłopaka. Uśmiechali się i kiwali głowami jak by na tak. Jak by odpowiadali za mnie na to pytanie. Przeniosłam wzrok na mojego ukochanego. Widać, że jest spięty. Kurczowo trzymał moją rękę na której był pierścionek. Spojrzałam w jego cudne niebiesko-zielone oczy. Kocham je i mogła bym w nie patrzeć do końca życia. Zatracać się w nich. Zasypiać i budzić się patrząc w nie. Marzyłam o tym, aby Lou mi się oświadczył. Nie sądziłam jednak, że zrobi to Wigilię. To najcudowniejszy prezent jaki mogłam sobie wymarzyć. Wzięłam głęboki oddech i patrząc Louisowi w oczy odezwałam się.
- Louisie Williamie Tomlinson. Kocham Cię i chcę spędzić z tobą i naszymi dziećmi resztę życia. Zgadzam się. Zostanę twoją żoną. - powiedziałam z uśmiechem a następnie go pocałowałam. Byłam taka szczęśliwa. Rodzina Lou klaskała i wiwatowała a potem nam gratulowali. Dzieci w brzuchu też się chyba cieszyły bo bardzo się wtedy wierciły. Ten wieczór był niesamowity. Gdy posprzątałyśmy wspólnie z mamą Louisa poszłam do pokoju chłopaka. Położyłam się na łóżku i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

* Cztery dni później *
* 28.12.2012r. *
* Dom Cysi *

  Wczoraj wróciliśmy z Lou do Londynu. Nie ukrywam, że te kilka dni spędzonych z jego rodziną były cudowne. Bliźniaki ciągle mnie o coś pytali i mówili, że bardzo mnie lubią. Mama Lou pytała jak się czuje i spędzała ze mną dużo czasu. A Joe i Lou ciągle gdzieś znikali. Kiedy wróciliśmy i powiedzieliśmy Lukowi i Dani, że Lou mi się oświadczył mój brat powiedział, że już myślał, że nigdy tego nie zrobi i bardzo się cieszy. Dani z tego szczęścia już mi chciała szukać sukni ślubnej i była zachwycona pierścionkiem. Teraz siedzę na kanapie w salonie i czekam aż przyjdą Ann, Milena i Dani. Ann i Milena nie wiedzą nic o tym, że Lou mi się oświadczył. Poprosiłam Dani aby nic im nie mówiła. Nagle rozległo się pukanie do drzwi a zaraz po tym usłyszałam wesołe głosy dziewczyn. Od razu znalazły się obok mnie na kanapie. Przytulałyśmy się, rozmawiałyśmy i śmiałyśmy. Mimo, że nie widziałam się z nimi tylko kilka dni bardzo za nimi tęskniłam.

- Ej a to co? - zapytała Ann i złapała mnie za rękę.
- Nic. A co ma być? - powiedziałam jak bym nie wiedziała o czym mówi.
- Nie udawaj. Ann chodzi o ten pierścionek. - powiedziała blondynka.
- Co ten? Przecież to zwykły pierścionek. - powiedziałam jak gdyby nigdy nic i spojrzałam na Dani z uśmiechem.
- Bredzisz. Sama byś go sobie nie kupiła. - powiedziała Ann ciągle patrząc na mój palec gdzie był prezent od Lou.
- Cysia proszę powiedz im.. Bo ja już nie mogę.. Ha ha ha. - powiedziała Dani i zaczęła się śmiać.
- Niby co ma nam powiedzieć? - zapytała Mielna.
- No właśnie? - zapytała Ann ze śmieszną miną.  
- Wariatki dwie. To jest pierścionek zaręczynowy. Lou mi się oświadczył w wigilie. - powiedziałam z uśmiechem.
- O matko! Aaa... Tak się cieszę. - krzyknęła Ann i mocno mnie przytuliła.
- Czyli co? Będzie wesele - krzyknęła Milena.
- No niby tak. Ale nie rozmawialiśmy jeszcze o tym z Lou. - powiedziałam i spuściłam wzrok.
- Co? Dlaczego? - zapytała Dani.
- Lou się dziwnie zachowuje. Jest trochę wybuchowy. Nie wiem jaka będzie jego reakcja na ten temat. - powiedziałam i napiłam się wody.
- Jak to jaka? Ucieszy się. Przecież to oczywiste. Skoro ci się oświadczył to znaczy, że on też tego chcę. - powiedziała z wielkim przekonaniem Milena.
- Mil ma rację. My zaplanujemy wszystko. Przecież od tego masz przyjaciółki. - powiedziała Dani.
- Dokładnie. A chłopcy pogadają na ten temat z Lou. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. - powiedziała Ann a potem dziewczyny zamknęły mnie w grupowym uścisku. Kiedy mnie puściły zaczęły wymyślać przeróżne daty ślubu mojego z Lou. Wszystkie wiedzą, że termin porodu mam na 11 kwietnia 2013 roku. Dlatego wspólnie postanowiłyśmy, że minimum miesiąc wcześniej musiało by to mieć miejsce. Nagle Dani podała jedną datę. 16.03.2013. To była by idealna data. Mama obchodziła by wtedy 42 urodziny. Powiedziałam dziewczynom, że ta data była by idealna i wyjaśniłam dlaczego. Dani zaraz wysłała wiadomość do Luka z tą datą i wyjaśniła o co chodzi. Oby wszystko się udało.

* Lou P.O.V *
* Warsztat przy torze wyścigowym *

   Kiedy powiedziałem chłopakom, że się oświadczyłem Cysi a ona się zgodziła byli w szoku. Pogratulowali mi i cieszyli się moim szczęściem. Myślałem, że jak im powiedziałem to nie będziemy już o tym gadać i będziemy dalej grzebać przy moim autku. Ale nie. Nagle uruchomili się jak by byli dziewczynami i pytali kiedy ślub bo chcą mi urządzić wieczór kawalerski i wgl. Tylko problem w tym, że nie rozmawiałem o tym z Cysią. Nie wiem kiedy by chciała wziąć ślub. Znaczy na pewno przed porodem, ale kiedy to nie mam pojęcia. Nagle odezwał się Luke i podał konkretną datę. 16.03.2013 r. Powiedział, że ich mama obchodziła by wtedy urodziny i był by to dla niej piękny prezent. Spodobała mi się ta data. Powiedziałem im, że mają przestać grzebać w tym moim rzęchu bo muszę coś załatwić. Tak jak stałem pojechałem do urzędu stanu cywilnego zapytać o tą datę. Kiedy tam byłem skierowałem się od razu do urzędnika. Powiedział, że tego dnia są dwie wolne godziny na ceremonię. Zgodziłem się na jedną z nich i dodałem, że ślub będzie w terenie. Urzędnik ucieszył się jeszcze bardziej na moje słowa. Wychodząc powiedziałem, że jak ustalimy z Cysią miejsce ślubu to zadzwonię a następnie wyszedłem. Czułem duży przypływ adrenaliny. Wiedziałem, że muszę ją stłumić. Wsiadłem do auta i odjechałem dwie ulice dalej. Zatrzymałem się na nieoznakowanym parkingu i wyciągnąłem ze schowka torebeczkę z białym proszkiem. Wiem, że nie powinienem, ale nie mogłem się powstrzymać. Kiedy wciągnąłem jedną kreskę czułem już jak narkotyk wypełnia mój organizm. Czułem się cudownie. Odczekałem chwilę po czym ruszyłem w stronę domu Cysi. Kiedy byłem już na miejscu wiedziałem, że muszę się zachowywać tak jak dotychczas. Czyli normalnie jak nie naćpany Lou. Wysiadłem z samochodu i zobaczyłem chłopaków na dworze. Wszyscy palili. Nawet Luke. Podszedłem do nich i zapytałem czy któryś ma może fajkę bo moje się skończyły. Żaden z nich mi nie odpowiedział. Poczułem jak narasta we mnie złość. Sam nie wiem dlaczego. Nagle rzuciłem się na Liama i zacząłem go okładać pięściami. Nie panowałem nad tym. Kiedy pozostałym udało się mnie odciągnąć od Li zobaczyłem Cysię stojącą na schodach. Patrzyła na mnie ze strachem w oczach. Milena i Ann podbiegły do Payna a Dani gdzieś dzwoniła. Obstawiam, że po pogotowie. Ostanie co pamiętam to jak Dani zabiera Cysię do domu a Harry wsadza mnie do swojego auta. Dalej ciemność.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No hej kochani. Co tam u was słychać? Jak wam się podoba nowy rozdział? Spodziewaliście się czegoś takiego po Lou? Wydaje mi się, że nie. No ale cóż. Przez jeszcze pewien czas będziemy mieć takiego bruneta. Nie bójcie się. Za parę rozdziałów wszystko będzie tak jak dawniej. Pozdrawiam i życzę wam miłego wieczoru... Kocham Was i do następnego.... ^^

~Mrs. Tomlinson....


 

niedziela, 12 listopada 2017

Rozdział 30 + Bardzo ważne info na końcu!

Muzyka

,, Dzielność nie jest właściwością ciała, lecz duszy;
stanowi o niej moc serca, a nie siła ramion i nóg."
                              Pierre Charron

* Louis P.O.V*
*20.12.2012r.*
*Półtorej miesiąca później * 
* Pokój Cysi*

  Leżeliśmy na łóżku mocno w siebie wtuleni. Cysia miła już duży brzuch jak na piąty miesiąc, ale nie dziwiło nas to. Przecież to normalne przy ciąży bliźniaczej. Wczoraj byliśmy na badaniach. Dzieci rozwijają się prawidłowo a Cysia czuje się dobrze. Chociaż ona. Ja niestety czuję się jak wrak człowieka. Od dnia kiedy Luke prawie nie złamał mi szczęki i uświadomił, że mogę stracić ukochaną i dzieci przestałem ćpać. Pierwsze dwa tygodnie nie były najgorsze. Jednak teraz mój organizm domaga się tego gówna. Nie sięgam po to jednak. Nie mogę dopuścić do tego, aby Luke zabrał Cysię i dzieci a następnie z nimi wyjechał. Na początku grudnia wziąłem urlop i byłem przez tydzień u mamy i bliźniaków. Cysia myślała, że jestem chory i dlatego do niej nie przychodziłem. Będąc tam zrozumiałem, że przez moje ćpanie stracił bym wszystkich i wszystko co do tej pory mam. Odjeżdżając z Doncaster powiedziałem, że przyjadę na Wigilię. Jednak podkreśliłem, że nie będę sam. Mimo iż mój organizm domaga się narkotyku nie biorę go. Nie mogę. Spojrzałem na Cysię, która wtulona we mnie oglądała moje tatuaże na rękach. Uśmiechnąłem się kiedy dotykała węzeł na moim nadgarstku. Spojrzała na mnie i widząc mój uśmiech pocałowała mnie. Nasz pocałunek był delikatny i pełny miłości. Chciałem aby trwał wiecznie. I gdybym mógł cofnąć czas chciał bym aby moim narkotykiem była tylko Cysia i dzieci. Niestety to nie możliwe. Kiedy odsunęliśmy się od siebie Cysia ponownie dotknęła miejsca gdzie był tatuaż. Popatrzyła mi w oczy. Kochałem kolor jej oczu. Były piękne.

- Dlaczego zrobiłeś sobie taki tatuaż? - głos Cysi wyrwał mnie z rozmyślań.
- Co? Przepraszam kochanie. Zamyśliłem się. - powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej.
- Zauważyłam. Pytałam dlaczego zrobiłeś sobie taki tatuaż? - powtórzyła pytanie.
- Widzisz to dziwnie zabrzmi ale symbolizuje mnie i bliźniaki. - powiedziałem z uśmiechem.
- Ciebie i bliźniaki? Nie rozumiem. - powiedziała i usiadła wyżej na łóżku.
- Sześć lat temu moja mama urodziła bliźniaki. Mówiłem ci o tym. Wtedy pomyślałem, że fajnie było by mieć coś co będzie mi przypominało o nich a im o mnie. Pojechałem wtedy do studia tatuażu. Sobie zrobiłem ten tatuaż a maluchy dostały złote bransoletki z takim samym sznurkiem. Kiedy skończyły rok musiałem zniknąć na jakiś czas. Ten tatuaż cały czas mi o nich przypominał w tamtym czasie. Kiedy po roku wróciłem do domu stwierdziłem, że nie mogę mieszkać razem z nimi. Resztę historii już znasz. -  powiedziałem i spojrzałem na Cysię.
-  Tak. Opowiadałeś mi. Pewnie stęskniłeś się bardzo za nimi. - powiedziała i ucałowała mnie w policzek.
- Tak. Kochanie.. Co byś powiedziała na to gdybyśmy pojechali razem na Wigilię do Doncaster? Poznała byś moją mamę, bliźniaki i ojczyma. Co ty na to? - zapytałem i wstałem z łóżka.
- Co? Lou nie wiem czy to dobry pomysł. - powiedziała zmieszana.
- Dlaczego? Posłuchaj rozmawiałem już na ten temat z Lukiem. Powiedział, że to super pomysł. I prosił abym ci powiedział, że on święta i tak spędzi z Dani bo czuł, że ja coś zaplanuje. Chłopcy też jadą do swoich rodzin. Kochanie proszę. Pojedź ze mną do rodziny. - powiedziałem i zrobiłem minę smutnego pieska.
- Ugh... No dobrze. Pojadę. Skoro mój braciszek i tak ma zamiar spędzić ten czas ze swoją dziewczyną to dobra. Pojadę. I z chęcią poznam twoją rodzinę kochanie. - powiedziała z uśmiechem.
- Super. Tak się cieszę. Tak sobie pomyślałem, że pojedziemy tam dzień szybciej abyś odpoczęła bo to trochę daleko. - powiedziałem.
- Lou ciąża to nie choroba. Cały czas się dobrze czuję. Tylko nasze dzieci nie dają mi spokoju. Ała.. Tak jak teraz. Daj rękę. - powiedziała i wyciągnęła dłoń.
- Kochanie jesteś pewna? - zapytałem speszony.
- Tak. Daj rękę. - powiedziała a ja podałem jej dłoń. Ta położyła ją na swoim brzuchu a ja czułem delikatne ruchy dzieci. Tu jedno wystawiło rękę a tu drugie nogę. To było niesamowite uczucie. Świadomość, że już za cztery miesiące będę tatą dało mi do myślenia, że czas zdecydować gdzie będziemy mieszkać i urządzić pokoiki dla maluchów. Spędziłem z Cysią cały dzień. Ustaliliśmy, że w niedzielę rano jedziemy do Doncaster do mojego rodzinnego domu. Kiedy wychodziłem Cysia już spała a Luke wrócił od Dani. Pożegnałem się i wróciłem do swojego mieszkania. Ogarnąłem się i położyłem na łóżku. Powstrzymując chęć wciągnięcia jednej kreski zasnąłem nawet nie wiem kiedy.

* 23.21.2012r.*
* Wyjazd do  Doncaster *
* Przed domem Cysi *

    Stałem przed domem Cysi i skończyłem pakować walizkę i prezenty które przyniósł Luke. Stałem z nim teraz oparty o maskę samochodu i paliłem fajkę czekając, aż Cysia przyjdzie. Powiedziała, że musi sprawdzić czy na pewno ma wszystko a przede wszystkim witaminy od lekarza. Stojąc tak czułem na sobie wzrok Luka. Wiem, że mi nie ufa. Wiem, że myśli, że ciągle biorę. Ale jestem z siebie dumny i nie biorę. Tak jak nie ćpałem w czwartek tak nie zrobiłem tego wcześniej i do dzisiaj. Chociaż chęć jest duża to nie na tyle aby zmusić mnie do tego abym się przełamał i znowu to zrobił.

- Słuchaj Luke. Może lepsze było by pytanie czy dalej ćpam a nie patrzenie na mnie jak na idiotę. - powiedziałem patrząc na drzwi od domu.
- Wiem, że nie bierzesz. Zastanawiam się nad tym jak długo jeszcze wytrzymasz. - powiedział.
- Jak to jak długo? Do końca życia tak dam radę. - powiedziałem i spojrzałem na niego.
- Lou kogo ty chcesz oszukać? Wiemy, że bez specjalistycznej pomocy nie dasz sobie sam rady. - powiedział i wyciągnął małe niebieskie pudełeczko z kieszeni kurtki.
- Nie potrzebuje pomocy tych fagasów w białych jebanych fartuchach. A to co ? Oświadczyć się chcesz? - powiedziałem i spojrzałem ponownie na pudełko, które trzymał Luke.
- Lou i tak obaj wiemy, że i tak trafisz pod ich opiekę. Jak nie teraz to później. Tylko pamiętaj... Jeśli skrzywdzisz Cysię i dzieci osobiście cię zabije.. A to. Nie ja się będę oświadczał tylko ty. - powiedział i podał mi pudełeczko.
- Zaraz? Jak to ja? - powiedziałem i wziąłem pudełeczko.
- Normalnie. Musicie być normalną rodziną jak dzieci się urodzą. Daj jej  go jakoś wyjątkowo. Wymyśl coś. I nie zrań jej. - powiedział i drzwi od domu otworzyły się. Szybko schowałem pudełeczko do kieszeni a już po chwili była obok nas Cysia.
- O czym rozmawiacie? - zapytała.
- Pytałem Lou ile to jest dokładnie kilometrów w jedną stronę i czy na pewno taka podróż jest bezpieczna dla ciebie. - powiedział Luke i spojrzał na mnie wzrokiem typu: POTWIERDŹ TO BO INACZEJ URWĘ CI JAJA.
- Dokładnie. Powiedziałem, że to niecałe 80 km i nic ci nie będzie. - powiedziałem z uśmiechem.
- Aha. Luke na pewno mogę jechać? - zwróciła się do swojego brata a mi ulżyło.
- Tak. Jedź i nie martw się o mnie. Tylko zadzwoń jak będziecie na miejscu. - powiedział i przytulił ją. 
- Dobrze. Zadzwonię. Pozdrów Dani. A i Luke u ciebie na biurku zostawiłam prezent dla ciebie i Dan. Tylko obiecaj, że otworzycie go dopiero jutro. - powiedziała Cysia kiedy przytulała ponownie Luka. 
- Nie trzeba było. Ale dobrze. I dziękujemy. A teraz jedźcie już. - powiedział Luke i ucałował Cysię w czoło. 
- Tak. Lou jedźmy. - powiedziała i wsiadła do samochodu.
- Tak kochanie. Wesołych świąt Luke. - powiedziałem i uścisnąłem dłoń chłopaka.
- Wzajemnie Lou. I pamiętaj. Nie spierdol tego. - powiedział i puścił moją dłoń. Szybko wsiadłem do auta i zapiąłem pasy. Zanim odpaliłem silnik spojrzałem na Cysię siedzącą obok mnie. Miała na sobie ładny zestaw. Z tego co mi mówiła kupiła go razem z Dani. Ściągnąłem rękawiczki i uruchomiłem silnik. Wyjeżdżając z podjazdu Cysia cały czas machała do Luka. Kiedy opuściliśmy jej ulicę wiedziałem, że nie ma odwrotu. Jedziemy do mojej mamy na święta. Luke ma rację. Muszę się oświadczyć Cysi. I już nawet wiem jak to zrobię. Kiedy spojrzałem na Cysię ta smacznie spała. Jakoś mnie to nie zdziwiło. Pewnie dzieci dały jej nieźle popalić w nocy. Tak uroczo wyglądała. W miłej dla mnie ciszy jechaliśmy autostradą do Doncaster. 

* 2 i pół godziny później *
* Doncaster *
* Przed domem Lou *

  Kiedy wjechaliśmy do Doncaster obudziłem Cysię. Ta zaraz zadzwoniła do Luka i powiedziała, że dojeżdżamy na miejsce. Zatrzymałem samochód na podjeździe przed domem. Nic się tu nie zmieniło. Wysiadłem z auta i zobaczyłem, że Cysia nie ruszyła się nawet na milimetr. Otworzyłem jej drzwi i podałem rękę aby pomóc wysiąść. Nie pewnie złapała za moją dłoń i wysiadła. Zamknąłem pojazd i objąłem ją w pasie. Na ucho szepnąłem czułe: Spokojnie kochanie. Nie denerwuj się. Jestem przy tobie. Zawsze będę. Kiedy to powiedziałem uśmiechnęła się do mnie i po chwili ruszyliśmy w stronę drzwi prowadzących do środka. Nie zdążyłem złapać za klamkę a drzwi się otwarły i rzucili się na mnie Trish i Max. Puściłem Cysię a tych dwóch urwisów wziąłem na ręce. Wszedłem z nimi do środa a zaraz za mną moja ukochana. Postawiłem bliźniaki na ziemi i przywitałem się z nimi. Kiedy skończyłem przytulać Trish stanąłem ponownie obok Cysi. 
- Kim jest ta dziewczyna? - zapytała po chwili młoda.
- To jest Marcelina. Marcelina pozwól, że ci przedstawię. Moja siostra Trish i brat Max. Bliźniaki. - powiedziałem a Cysia się uśmiechnęła.
- Hej dzieci. - powiedziała i patrzyła na nie jak w hipnozie. 
- Dlaczego przyjechałaś tu z Lou? - zapytał Max.
- Bo Cysia to moja dziewczyna. Co znaczy, że musicie byś mili. - powiedziałem i rozczochrałem im włosy.
- Przecież my zawsze jesteśmy mili. - powiedziała z oburzeniem Trish.
- To na pewno. Lou trochę przesadza. - powiedziała Cysia i w tym momencie z kuchni wyszła moja mama i Joe.
- Lou synku. Jesteście nareszcie. - powiedziała moja mama i mocno mnie przytuliła. 
- Tak. Hej Joe. - powiedziałem i przywitałem się z nim kiedy mama mnie puściła.
- Hej młody. - odpowiedział ojczym.
- Emm.. Mamo, Joe. Proszę poznajcie Marcelinę - moją dziewczynę. Cysia poznaj moją mamę Lizz i oczyma Joe. - powiedziałem a ci przyjaźnie się uśmiechnęli.
- Dzień dobry. Miło mi państwa poznać. - powiedziała i przywitała się z nimi.
- Nie dziecko. To nam jest bardzo miło. - powiedział Joe kiedy zabierał płaszcz od Cysi. 
- Zapraszam was na śniadanie. - powiedziała mama a ja spojrzałem na Cysię, która ciągle stała w jednej pozycji odwrócona do nas tyłem.
- Z chęcią. Ale mamo... Joe... Dzieciaki. Muszę wam jeszcze kogoś przedstawić. - powiedziałem i stanąłem obok ukochanej.
- Przedstawić? Kogo? - zapytał Joe.
- Mamo. Joe. Trish. Max. To może wydać się wam dziwne, ale chciał bym wam przedstawić Williama i Bonnie Tomlinson. Nasze dzieci. - powiedziałem a Cysi odwróciła się i wszyscy zobaczyli jej brzuch.
- O mój boże.. Lou czy to znaczy, że ja..? Zostanę babcią? I to bliźniąt? - zapytała moja mama.
- Tak. Dokładnej mówiąc chłopca i dziewczynki. Cysia rodzi w kwietniu. - powiedziałem a po całym domu rozniosły się krzyki i piski szczęścia. Mama ściskała na przemian to mnie to Cysię. Wiedziałem, że się ucieszy. Kiedy wszyscy się uspokoili poszliśmy na śniadanie. Te święta będą ciekawe.
( Wigilia - wręczanie prezentów )
Byliśmy już po pysznej wigilii. Mama i dzieciaki szybko posprzątała ze stołu po czym do jadali wjechał tort z okazji moich 24 urodzin. Zdmuchnąłem świeczki, dostałem prezent od mamy i dzieciaków po czym zaczęliśmy jeść. Kiedy Trish i Max już zjedli powiedziałem, że mają iść do salonu pod choinkę i to oni dzisiaj się bawią w Mikołaja. Po chwili każdy zaczął dostawać swoje prezenty. Kiedy bliźniaki siedziały ponowie na swoich miejscach wszyscy otworzyliśmy prezenty. Spojrzałem na Cysię, która siedziała obok mnie. Miała łzy w oczach po otwarciu swojego prezentu. Wyciągnąłem pierścionek z pudełeczka i nałożyłem go na palec serdeczny u prawej ręki dziewczyny. Wszyscy na nas patrzeli a ja zadałem Cysi pytanie.
- Marcelino Saro Hemmings czy uczynisz mnie najszczęśliwszym mężczyzną na świecie i wyjdziesz za mnie? - po tych słowach zapadła cisza a ja zamarłem.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani. I oto już drugi rozdział dzisiaj. Jak myślicie co odpowie Cysia? Yes or No? Tego dowiecie się w następnym rozdziale.

BARDZO WAŻNE INFO:
Kochani. Postanowiła, że ta historia nie zakończy się po 40 rozdziałach tylko po 45 i epilogu. Co myślicie? Może być? Kocham was i pozdrawiam.
 ~Mrs. Tomlinson....:)


 

Rozdział 29


,, To lepiej, że nieznane pozostanie nieznanym,
niż gdyby ilość tajemnic miała się powiększać."
                                     Bertolt Brecht


* Marcelina P.O.V.*
* Cztery dni później - 12.11.2012r.*
* Salon - 10:45 *

- Luke czy mogę cię o coś zapytać? - zapytałam brata kiedy na ekranie telewizora pojawiły się reklamy. 
- Oczywiście. Zawsze. - powiedział i usiadł tak aby patrzeć na mnie.
- No dobrze. Więc Luke.. - zaczęłam, ale nie wiedziałam jak ująć to w słowa.
- Ej siostra. Co jest? Stało się coś? - zapytał zdenerwowany. 
- Ty mi powiedz Luke. - powiedziałam i spojrzałam przenikliwie na blondyna.
- Nie rozumiem. Co ci mam powiedzieć? - zapytał i poprawił się na sofie. 
- Luke nie udawaj idioty. Co razem z Lou i resztą chłopaków robicie w każdą sobotę? Dlaczego wracacie po nocach zawsze wtedy kiedy Lou ma tu nocować? Skąd macie tyle pieniędzy, że starcza na potrzebne rzeczy do dzieci? Skąd? - zapytałam lekko zdenerwowana i poczułam lekki skurcz.
- Cysia ja... Ja nie mogę ci nic powiedzieć. Przykro mi, ale nie mogę. - powiedział i spuścił wzrok.
- Nie możesz czy po prostu uważasz, że oszukiwanie siostry, która w dodatku jest w ciąży to nic złego? - zapytałam zła.
- Cysia to nie tak. Po prostu nie mogę ci powiedzieć. Jeśli chcesz poznać odpowiedzi na te pytania to zapytaj Lou. - powiedział i wstał z sofy.
- Luke zaczekaj... To może powiesz mi co się dzieje ostatnio z Lou? - zapytałam gdy złapałam go za nadgarstek.
- Co masz na myśli? - zapytał.
- Jak to co? Jego zachowanie. Zauważyłam to może z dwa tygodnie temu. Raz chodzi ciągle uśmiechnięty i wesoły a raz wkurwiony tak jak by chciał zabić Hazze bo rozwalił mu auto. I te jego dziwne oczy. - powiedziałam i podniosłam się z sofy. 
- Co masz na myśli mówiąc dziwnie oczy? - dopytywał Luke.
- Albo ma je powiększone do wielkości monety albo malutkie. Boję się o niego. - powiedziałam i zabrałam ze stołu talerze po naszym wspólnym śniadaniu.
- Cysia posłuchaj mnie. O tym co robimy nie mogę ci powiedzieć, ale obiecuję ci, że porozmawiam z Lou. Słyszysz? Obiecuję ci to. - powiedział i dał mi buziaka w czoło.
- Słyszę. I dziękuję. - powiedziałam z uśmiechem.
- Nie ma za co siostra. A teraz uciekam do pracy. Nie chcę wkurzyć szefa. Pa. I uważaj na siebie i dzieciaki. - powiedział po czym wyłączył telewizor. 
- Będę. Spokojnie. Tylko to wyniosę i zaraz idę się położyć. Przecież nic innego nie robię od kąt przestałam chodzić do szkoły. A teraz leć. Pa. - powiedziałam i po tych słowach Luke wyszedł z domu. Wyniosłam naczynia do kuchni i schowałam je do zmywarki. Następnie zabrałam dwa jabłka z blatu i poszłam zamknąć drzwi wejściowe na klucz. Upewniłam się, że drzwi na taras też są zamknięte i poszłam na górę. Weszłam do pokoju i od razu skierowałam się do łóżka. Owoce i telefon położyłam na szafce nocnej. Kiedy już ułożyłam się wygodnie sięgnęłam po książkę, którą poleciła mi Ann. Nie żebym nigdy nie słyszała o Pamiętnikach Wampirów bo oglądałam z Ann pierwsze dwa sezony. Potem całkiem o tym zapomniałam. Moja przyjaciółka do dzisiaj śledzi losy dwóch wampirów i ludzkiej dziewczyny w telewizji a ja poznaje ich na nowo dzięki tej książce. Mój pokój, łóżko, książka i ruchy dzieci co jakiś czas - to moja codzienna rutyna od miesiąca. Potem zazwyczaj około 14:15 przychodzi Ann i opowiada mi jak było w szkole i jakie dziewczyny z klasy się pytały co u mnie i takie tam. Wszyscy zadecydowaliśmy abym przestała chodzić do szkoły zwłaszcza teraz kiedy brzuch jest coraz bardziej widoczny. Moja przyjaciółka będzie dzisiaj dopiero o 16:40 bo ma jeszcze trening siatkówki. Luke i Lou są w pracy do późno także wrócą tylko po to aby się wyspać. Nie ukrywam bo martwię się o Lou, ale cieszę się że Luke i pozostali z nim pracują. Może uda im się czegoś dowiedzieć. Bo znając Luka powiedział chłopakom o tym co zauważyłam w zachowaniu Tomlinsona. Po chwili poczułam delikatne ruchy dzieci co sprawiło, że się uśmiechnęłam po czym zaczęłam czytać dalej książkę. Nie wiem ile tak czytałam kiedy nagle zadzwonił mój telefon. Odłożyłam książkę i spojrzałam kto dzwoni. Zobaczyłam zdjęcie Mileny i odebrałam. 
- Hej Cysia. Co robisz? - usłyszałam radosny głos Mileny.
- Hej. A co ja mogę robić? Leżę i czytam. - odpowiedziałam i położyłam jedną rękę na brzuch.
- Czyli tak jak myślałam. A co byś powiedziała na długi jesienny spacer? - zapytała.
- Z wielką chęcią ruszę się z domu. Bo jak tak dalej pójdzie to będę miała odleżyny a mój poród w kwietniu będzie straszny. Ha ha. - odpowiedziałam i zaśmiałam się lekko.
- Super. Będę po ciebie za 20 minut bo jestem w pobliżu. Ok? - powiedziała Milena i wiedziałam, że się uśmiecha.
- Ok. To czekam. - odpowiedziałam i zaczęłam się już podnosić z łóżka.
- Oki. Do zobaczenia. - powiedziała Milena i się rozłączyła. Odłożyłam telefon i podeszłam do szafy. Nie wiedziałam co ubrać a za chwilę miała być Milena. Nagle przypomniałam sobie o komplecie, który kupiłam kiedy byłam ostatnio z Ann i Mileną na zakupach. Przebrałam się, włosy zostawiłam rozpuszczone i pomalowałam lekko rzęsy. Kiedy byłam gotowa zabrałam telefon i zeszłam na dół. W momencie kiedy stawiałam ostatni krok zabrzmiał dzwonek do drzwi. Otwarłam je i zobaczyłam uśmiechniętą blondynkę ubraną w zestaw, który też kupiła ostatnio na naszych zakupach. Przytuliłyśmy się po czym wyszłyśmy. Zamknęłam drzwi i ruszyłyśmy w stronę parku. Rozmawiałyśmy o wszystkim. Bardzo się cieszyłam z tego, że Milena tu jest. Została w Londynie nie ze względu na mnie ale przez Hazze. Ta dwójka od dwóch miesięcy jest razem. Tak bardzo się cieszę, że moja przyjaciółka jest zakochana i to z wzajemnością. Harry po prostu za nią szaleje. Luke mówił, że tydzień temu pod czas przerwy na obiad ciągle z nią pisał a potem cały czas o niej mówił. Cieszę się jej szczęściem. Kiedy przeszłyśmy większą część parku usiadłyśmy na ławce i rozmawiałyśmy o jej pracy którą zaczyna od stycznia. Tego mi było trzeba. Wyjścia z domu i spędzenia miło przedpołudnia z przyjaciółką. Jestem jej naprawdę wdzięczna.

* Luke P.O.V.*
* 14:10 *
* Warsztat - przerwa na obiad *

   Kiedy rano przyjechałem do pracy Lou jeszcze nie było. Miałem okazję i powiedziałem chłopakom o mojej rozmowie z Cysią i o dziwnym zachowaniu Lou. Niestety wszyscy wiedzieliśmy dlaczego brunet taki jest. Wiedzieliśmy, że jeśli nasza czwórka ( Niall należy do grupy. Wie o chłopakach wszystko bo sami mu o sobie opowiadali.) nie przemówi mu do rozsądku źle się to wszystko skończy. Tak jak 5 lat temu. Liam i Harry mówili, że już raz tak było z Lou. Rok był w zamknięciu. Siedzieliśmy przy naszym stoliku i czekaliśmy na Tommo. Nie wiem czemu ale on zawsze się spóźnia. Nagle do pomieszczenia wszedł brunet i ruszył w naszym kierunku. Nie wyglądał tak jak kilka minut temu kiedy pracowaliśmy wspólnie przy nowym nissanie. Na twarzy miał wielkiego banana i powiększone źrenice. Spojrzałem na chłopaków. Oni też już wiedzieli co musiał zrobić Lou. Po chwili brunet siedział już obok Loczka. Patrzył na nas i zachowywał się jak rozbawione dziecko. Kiwnąłem głową a ze swoich miejsc zerwali się Li i Niall po czym razem z Harrym złapali Lou i za szmaty wyprowadzili ze stołówki. Inni pracownicy patrzyli na tą akcję po czym powiedziałem, że nic się nie dzieje a ci wrócili do poprzednich czynności. Wyszedłem za chłopakami. Stali na naszym parkingu obok auta Lou. Podszedłem i pierwsze co zrobiłem to przyłożyłem mu w szczękę. 

- Kura Luke za co to było?! - krzykną kiedy wypluł krew.
- A jak kurwa myślisz co?! - krzyknąłem w jego stronę.
- Ej Luke spokojnie. - Ni próbował mnie uspokoić. 
- Właśnie. Horan ma rację. - powiedział brunet i ponownie splunął krwią.
- Ty się lepiej Lou nie odzywaj. - powiedział Li.
- Niby czemu? O co wam kurwa chodzi? - zapytał Tomlinson.
- Nam?! Kurwa Lou nie rób z nas idiotów bo ci się to nie uda! - krzyknął Harry.
- Wiemy, że znowu to robisz. - powiedział Niall.
-  Że niby co kurwa robię?! O co wam chodzi?! - krzyczał Lou.
- Nie no trzymajcie mnie bo rozpierdolę mu twarz! Jak możesz znowu kurwa ćpać?! Jak się pytam?! - nie wytrzymałem i krzyknąłem w stronę bruneta.
- Co kurwa?! Pojebało was już całkiem?! - krzyknął.
- Nas?! Lou wiemy, że ćpasz! Kurwa widać to po tobie! Słyszysz?! Widać! - krzyknął w jego stronę Liam.
- Myślisz, że nas oszukasz?! Tych którzy widzieli cię już w tym stanie?! Kurwa tak myślisz?! - krzyknął po chwili Hazza.
- Kurwa chłopaki przecież ja nie biorę! Kurwa dobrze o tym wiecie! - krzyczał i zaczął machać rękami.
- Nie kłam kurwa! Każdy z nas widział już ćpającą osobę! Nie zapominaj o tym! I kurwa wiemy, że ty bierzesz Lou! - krzyknął Ni, który nie wytrzymał już.
- Pierdolicie głupoty! - krzyczał Tommo.
- Kurwa Lou! Marcelina też widzi, że coś z tobą nie tak! - krzyknąłem już mega wkurwiony.
- Co? - powiedział jak by spokojniejszy i zmieszany.
- To co słyszałeś. Powiedziała mi to dzisiaj. - odpowiedziałem spokojnie. 
- Lou przestań brać to świństwo. Pomożemy ci. - zaczął Li.
- Pamiętaj, że masz dla kogo żyć. Nie niszcz sobie życia. - ciągnął Harry.
- Nie niszcz swojego szczęścia Lou. Słyszysz? Nie niszcz tego. - powiedział Ni.
-  Bo inaczej nas stracisz. - powiedział Loczek.
- Nie tylko nas. Jeśli nie przestaniesz ćpać tego gówna to zabiorę Cysię i dzieci. Nigdy ich nie zobaczysz. Nigdy. - powiedziałem a Lou spojrzał na  mnie ze smutkiem w oczach.
- Nie zrobisz tego. - powiedział i zrobił krok do przodu.
- Zrobię. Wybieraj na czym ci najbardziej zależy. Masz czas do końca dnia. A teraz chłopaki wracamy do pracy. - powiedziałem i razem z chłopakami poszliśmy z parkingu zostawiając Lou samego. Modliłem się w duchu aby wybrał dobrze. Naprawdę...

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej hej kochani. I oto jest rozdział 29. Moi drodzy mam dla was smutną wiadomość. :( Otóż zostało jeszcze tylko 11 rozdziałów i epilog i będzie to koniec historii o Cysi i Lou. :( Nie ukrywam, że gdzieś tam zrodził się pomysł jak by na drugą część ale cii... :* ;*Jeszcze nic wam nie powiem. Mam nadzieję, że podoba wam się ten rozdział. Życzę udanej niedzieli i do następnego... :)

~Mrs. Tomlinson..








środa, 8 listopada 2017

Rozdział 28

 Muzyka

,, To, że milczę, nie znaczy,
że nie mam nic do powiedzenia."
                                    Jonathan Corroll


 * Louis P.O.V*
* 09.09.2012r - godz. 21:10*
* Dom Marceliny - salon *

,,[...]  - Lou? To ty? Co ty tu robisz? - zapytała jak by nie wierzyła, że to ja.
- Hej Cysia. Ja... Ja chciałem cię przeprosić. Kocham Cię i nie chcę stracić. Ciebie i naszego dziecka. - powiedziałem i spojrzałem w jej piękne oczy. Myślałem, że coś powie. Zamiast tego rzuciła mi się na szyję a nasze usta złączyła w delikatnym pocałunku. Nie sądziłem, że mi wybaczy. Tak mocno ją.... Ich Kocham. Cysię i nasze jeszcze nienarodzone dziecko.

  Siedzieliśmy w salonie na sofie. Wciągnąłem Cysię na swoje kolana a ta schowała twarz w zagłębienie mojej szyi. Siedziała cicho i oddychała spokojnie i równomiernie. Ja jedną ręką obejmowałem ją w pasie a drugą trzymałem na jej brzuchu. Wciąż nie mogę uwierzyć, że będę ojcem. Nie dociera do mnie to, że dziewczyna którą kocham i chcę być już zawsze obdarzy mnie potomkiem. Z jednej strony jestem tak cholernie szczęśliwy. A z drugiej nie nawidzę się za to, że pomyślałem iż Marcelina mogła mnie zdradzić z jakimś innym kolesiem i wyparłem się tego dziecka. Gdybym tylko mógł z wielką chęcią cofną bym czas. Wiem jednak, że to nie możliwe a moje słowa wypowiedziane w piątek sprawiły dziewczynie ból. Na samą myśl poczułem jak by pod moimi powiekami zbierały się łzy. Zamrugałem szybko kilka razy aby nie opuściły moich oczu. Dłoń, którą trzymałem na brzuchu zabrałem i podniosłem głowę Marceliny aby móc zobaczyć jej piękne oczy. Kiedy to zrobiłem zobaczyłem w nich: szczęście, miłość i radość. Ale również: ból, cierpienie i nienawiść. Wiedziałem, że to moja wina. Tak bardzo ją skrzywdziłem. Bez żadnego namysłu złożyłem na jej ustach delikatny pocałunek. Wlałem w niego całą moją miłość do Cysi. Kiedy oddaliliśmy się od siebie spojrzałem jej ponownie w oczy i odezwałem się. 

- Cysia ja.... Ja tak bardzo cię przepraszam. Zachowałem się jak ostatni dupek i śmieć. - powiedziałem i spuściłem wzrok.
- Ej Lou. Nie mów tak. To nie prawda. - powiedziała moja ukochana i poczułem jej drobną dłoń na policzku.
- Prawda. Kiedy powiedziałaś, że jesteś w ciąży pomyślałem, że to nie moje dziecko. - powiedziałem a łza spłyneła mi po policzku. Szybko ją otarłem.
- Dlaczego tak pomyślałeś? - zapytała próbując złapać ze mną kontakt wzrokowy.
- Ponieważ dwa tygodnie po twoich urodzinach byłaś z Ann na imprezie. Pomyślałem, że może przespałaś się z jakimś kolesiem pod wpływem alkoholu i tego nie pamiętasz. - powiedziałem zawstydzony.
- Oh Lou. Musisz coś wiedzieć. Na tej imprezie nie było ani jednego chłopaka. To był wieczór panieński kuzynki Ann. I przy okazji. Nie piłam wtedy bo byłam kierowcą Ann i Amber. - powiedziała a ja na te słowa podniosłem ponownie wzrok.
- Naprawdę? Bosh co ze mnie za kretyn. Przepraszam Cysia. Tak strasznie cię przepraszam. - powiedziałem patrząc w jej oczy.
- Lou. Wybaczam ci. Chcę z tobą być i wychować to dziecko. Nie ukrywam, że mnie nie zraniłeś bo było by to kłamstwem. Dam ci jeszcze szansę. Ale pamiętaj. Nie możesz jej zmarnować. - powiedziała i dała mi całusa w policzek.
- Wiem. Przepraszam. I nie martw się. Już cię więcej nie zawiodę. Obiecuję. - powiedziałem z uśmiechem.
- Kocham cię Lou. - powiedziała patrząc mi w oczy.
- Ja ciebie też kocham Cysia. I ciebie też fasolko. - powiedziałem i położyłem swoją dłoń na brzuchu Cysi a następnie ją pocałowałem. Nie wiem ile tak siedzieliśmy. Kiedy zauważyłem, że Cysia bardzo spokojnie oddycha zorientowałem się, że moja ukochana zasnęła wtulona w moje ciało. Delikatnie złapałem ją za nogi i wstając zaniosłem ją do jej pokoju. Kiedy położyłem ją na łóżku i przykryłem kołdrą chciałem wyjść. Kiedy byłem przy drzwiach usłyszałem ciche : 
- Lou proszę zostań ze mną. - powiedziała Cysia.
- Dobrze kochanie. - odpowiedziałem i wróciłem do niej. Ściągnąłem swoją kurtkę i buty po czym położyłem się obok niej. Ona mocno się we mnie wtuliła i razem zasnęliśmy. Tak bardzo się cieszyłem, że moglem z nią być. To była idealna i spokojna noc.

* 2 miesiące później *
* 08.11.2012r *
* Przychodnia ginekologiczna * 

  Cysia była już w czwartym miesiącu ciąży. Myśl, że już za pięć zostanę naprawdę ojcem przerażała mnie trochę. Marcelina miała już dosyć mocno zaokrąglony brzuszek. Ślicznie wyglądała. Po tym jak pogodziłem się z moją ukochaną i w tym czasie byłem trzy razy u swojej mamy i rodzeństwa. Marcelina nic o tym nie wie. A mama nie wie nic na temat Cysi i tego, że w wieku 45 lat zostanie babcią. Chcę je sobie przedstawić w grudniu. Dokładniej mówiąc w Wigilię. Nie tylko dlatego, że to dzień moich urodzin ale przede wszystkim dlatego, że informacja o dziecku będzie najlepszym prezentem dla mojej mamy. Siedziałem właśnie z Cysią na korytarzu w przychodni ginekologicznej gdzie od miesiąca przyjmowała nasza lekarka.To będzie druga moja wizyta z Cysią na badaniach kontrolnych. Miesiąc temu pani doktor powiedziała, że jeśli będziemy oboje chcieli to może nam zdradzić płeć dziecka na dzisiejszym badaniu. Po tym jak to usłyszeliśmy trochę nie byliśmy tego pewni. Na początku chcieliśmy mieć niespodziankę. Ale z drugiej strony chcieliśmy też wiedzieć. Dopiero wczoraj podjęliśmy decyzje w tej sprawie. Po chwili zostaliśmy poproszeni do gabinetu. Cysia położyła się na kozetce a ja stanąłem tuż obok niej. Pani doktor rozpoczęła badanie. Kiedy jeździła Marcelinie tym urządzeniem po brzuchu odezwałem się.

- Pani doktor. - zacząłem.
- Tak panie Tomlinson? - zapytała.
- Oboje z Marceliną zdecydowaliśmy, że chcemy poznać już dzisiaj płeć dziecka. - powiedziałem i spojrzałem na Marcelinę.
- Są państwo pewni? - zapytała lekarka i również spojrzała na leżącą dziewczynę. 
- Tak. Chcemy wiedzieć oboje. Też ze względu na to, że chcemy urządzić już pokoik dla dziecka. - powiedziała Cysia.
- No dobrze.- powiedziała lekarka i spojrzała na ekran. 
- I co? - dopytywałem.
-  To nie możliwe. - powiedziała po chwili i spojrzała na nas.
- Czy coś jest nie tak? - zapytała Marcelina i spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem.
-  Nie. Oprócz tego, że zamiast jednego pokoiku musicie urządzić dwa. - powiedziała lekarka i spojrzała na nas z wielkim uśmiechem na ustach.
- Co?! - powiedzieliśmy równocześnie z dziewczyną.
- No tak. Jesteś w ciąży bliźniaczej. Dokładniej mówiąc to chłopiec i dziewczynka. - powiedziała i zakończyła badanie.
- Jest pani tego pewna? - zapytała Cysia kiedy wycierała swój brzuch.
- Tak. Pewnie są państwo zaskoczeni i myślą jak to możliwe. Już państwu wszystko wyjaśniam. Pod czas ostatniego badania dzieci były ułożone w tej samej pozycji. Dodatkowo serduszka dzieci biją w równym rytmie. Proszę jednak spojrzeć. Teraz dzieci są ułożone profilami. Tu widzimy dziewczynkę a tu chłopczyka. - powiedziała i pokazała na monitor.
- O bosh Lou. Będziemy mieć bliźniaki. - powiedziała moja ukochana ze łzami w oczach.
- Kochanie dlaczego płaczesz? - zapytałem zaniepokojony.
- Ze szczęścia. Lou jestem bardzo szczęśliwa.  - powiedziała z uśmiechem.
- Ja też kochanie. - powiedziałem i ucałowałem ją w czoło.
- Cieszę się państwa szczęściem. Proszę. Oto zdjęcie waszych dzieci i data następnego badania. - powiedziała lekarka i podała nam dokumenty.
- Dziękujemy. Dowidzenia. - powiedzieliśmy równocześnie i wyszliśmy z gabinetu.
- Boshe Lou. Będziemy mieć bliźniaki. Ale jak to możliwe. Przecież u mnie w rodzinie nikt nie miał bliźniąt. - powiedziała Cysia kiedy szliśmy korytarzem do wyjścia.
- Wiesz co ja chyba znam odpowiedź na to pytanie. - powiedziałem i spojrzałem na nią.
- Jak to? - zapytała kiedy byliśmy już przy samochodzie.
- U mnie w rodzinie są dwie pary bliźniaków. Prababcia miała bliźniaczki i moja mama również ma bliźniaki. Chłopca i dziewczynkę. - powiedziałem kiedy siedzieliśmy już w pojeździe.
- Jak to? Nigdy nic nie mówiłeś o rodzicach czy rodzeństwie. Dlaczego? - zapytała a ja wyjechałem z parkingu.
- Po prostu nie chciałem Ci na początku mówić. Ale dużo się we mnie zmieniło.  Ty mnie zmieniłaś na lepsze. - powiedziałem z uśmiechem.
- Naprawę?  Lou chciała bym poznać twoją rodzinę. - powiedziała Cysia kiedy zatrzymaliśmy się na światłach.
- Poznasz. Obiecuję Ci to kochanie. Ale jeszcze nie teraz. - powiedziałem i pojechaliśmy w stronę domu Cysi. Kiedy byliśmy na miejscu zauważyłem, że przed jej domem stały samochody wszystkich chłopaków. Nawet Nialla i Ann. Kiedy weszliśmy do domu od razu dopadła nas fala pytań jak badania i nasze dziecko. Kiedy powiedzieliśmy, że Cysia spodziewa się bliźniąt wszyscy wybuchli krzykami i piskami szczęścia. Luke na początku był w mega szoku ale potem cieszył się jak głupi. Kiedy wszystko opowisdzieliśmy usiedliśmy w salonie i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Byliśmy wszyscy. Ja, Cysia, Luke, Ann, Harry, Liam, Milena i Niall. Cieszyłem się, że tu są, pomagają nam i nas wspierają. Czułem się tak jak bym miał przy sobie rodzinę.  W sumie. Oni to moja rodzina. Oni i mama z bliźniakami.  W tym momencie jestem najszczęśliwszy na świecie.

-----------------------------------------------------------------------
Hej kochani. I oto kolejny rozdział.  Jak wam się podoba? Bo mi tak pół na pół.  Pozdrwiam i do nn.. ^^
~Mrs. Tomlinson... :)