piątek, 3 listopada 2017

Rozdział 25


,,Tylko głupcy nazywają samowolę wolnością."
                                                       Tacyt
* Marcelina P.O.V*
* Jej pokój *

 - I co? - zapytała Ann i wstała z mojego łóżka.
- Pozytywny. - powiedziałam a po mojej twarzy zaczęły płynąć łzy. Mój boże. Jestem w ciąży. Jestem w ciąży z Lou. I co ja teraz zrobię?
- Co? Co ty mówisz? - zapytała Ann i zabrała z moich rąk test.
- Ann i co ja teraz zrobię? Przecież Luke zabije Lou jak się o tym dowie. - powiedziałam i rozpłakałam się jeszcze bardziej.
- Ej mała nie płacz.Coś wymyślimy. Wszystko się ułoży. Zobaczysz. - powiedziała Ann i mnie przytuliła. 
- Ann niby co się ułoży? Mam osiemnaście lat i do kompletu zaszłam w ciążę w dniu swoich urodzin.- powiedziałam i otarłam policzki dłonią.
- Zaraz.. Jak to w dniu urodziny? Czy to znaczy, że ty i Lou już? Już się pieprzyliście? - zapytała moja przyjaciółka prawie krzycząc.
- Ann błagam cię bądź ciszej. Tak. W dniu imprezy. Potem już nie. Jestem w 100% pewna, że to dziecko jest Lou. - powiedziałam i wyminąwszy ją usiadłam na łóżku. 
- Dobra Cysia ubieraj się. Idziemy. - powiedziała Ann i ponagliła mnie ruchem ręki.
- Niby gdzie? - zapytałam Ann gdy ta podawała mi moją skórzaną kurtkę i torebkę w której miałam portfel i klucze od domu.
- Jak to gdzie? Idziemy do ginekologa. Niech to on to potwierdzi. - powiedziała i pomogła mi wstać z łóżka.
- Dobrze. To świetny pomysł Ann. - powiedziałam i wyszłyśmy z pokoju. Schodząc po schodach na dół napisałam do Lou, że zobaczymy się u mnie wieczorem. Kiedy wysłałam wiadomość schowałam telefon do kieszeni spodni. Stwierdziłam, że jeśli ginekolog potwierdzi to, że jestem w ciąży jeszcze dzisiaj powiem o tym Louisowi i Lukowi. Nie mam zamiaru tego ukrywać. Chwilę później siedziałyśmy już z Ann w taksówce i jechałyśmy do jedynego szpitala w Londynie gdzie ginekologiem była kobieta.

* 25 minut później *
* Szpital *

 Siedziałam razem z Ann w poczekalni i czekałam aż zostanę poproszona do gabinetu. Cieszyłam się, że Ann jest tu ze mną. Tak bardzo się boję tej wizyty. Nagle z gabinetu wyszła  kobieta w białym fartuchu. Mogła mieć może ze 30 lat. Rozejrzała się po korytarzu i powiedziała: Pani Marcelina Hemmings. Zapraszam do gabinetu." Spojrzałam na Ann. Ta posłała mi uśmiech i kiwnęła głową, że mam iść. Wstałam z krzesła i poprawiając torebkę na swoim ramieniu weszłam do gabinetu.

- Dzień dobry. - powiedziałam do kobiety.
- Dzień dobry. Proszę się położyć na kozetce. - powiedziała z uśmiechem i gestem ręki wskazała na mebel. Zrobiłam to o co prosiła.
- Pani doktor. Trochę się denerwuje. - powiedziałam i spojrzałam na kobietę.
- Nie ma czego. Proszę podnieść koszulkę. - powiedziała a ja zrobiłam to o co prosiła.
- Boję się, że to będzie prawda. - powiedziałam jak by sama do siebie ale wiem, że kobieta to słyszała.
- Proszę się niczego nie bać. - powiedziała i zaczęła badanie. Prze pewien czas w pomieszczeniu panowała cisza a kobieta wykonywała badanie ultrasonografem. Po chwili skończyła i powiedziała, że mam się wytrzeć podając mi ręcznik papierowy. Wykonawszy to usiadłam na kozetce i poprawiłam koszulkę.
- I co pani doktor.? - zapytałam zdenerwowana.
- Tak jak mówiłam. Nie ma się czym martwić. - powiedziała i spojrzała na mnie z uśmiechem trzymając coś w ręce.
- Nie rozumiem. - powiedziałam zakłopotana.
- Jest pani w ciąży. Dokładnie początek ósmego tygodnia. Dziecko rozwija się prawidłowo. Jeśli pali pani lub spożywa alkohol to proszę odstawić te używki. - powiedziała z uśmiechem.
- Jest pani tego pewna? - zapytałam i złapałam się za brzuch.
- Tak. Proszę to dla pani. - powiedziała i podała mi kawałek kartki i coś w stylu zdjęcia.
- Co to? - dopytywałam.
- Na kartce zapisałam datę następnej wizyty. A to zdjęcie to pani dziecko. - powiedziała.
- Dziękuję. I do widzenia. - powiedziałam i wyszłam z gabinetu zabierając swoje rzeczy. Kiedy wszyłam na korytarz od razu ruszyłam w stronę wyjścia. Słyszałam za sobą głos Ann. Zatrzymałam się dopiero przed budynkiem szpitala i pozwoliłam łzom płynąć po moich policzkach. Tuż za mną wyszłam Ann. Zobaczyła, że płaczę i ściskam coś w ręce. Podałam jej zdjęcie i powiedziałam cicho:  ,,Jestem w ciąży. To prawda." Ann patrzyła na zdjęcie z niedowierzaniem. Nie wiedziałam co mam robić. Wiem, że na pewno powiem o tym dzisiaj Lou i Lukowi. Ale Ann musi być przy mnie. Sama nie dam rady. Przyjaciółka oddała mi zdjęcie i w ciszy wróciłyśmy do mnie do domu. Całą drogę dotykałam swojego brzucha a po policzkach płynęły łzy. Kiedy byłyśmy pod domem zobaczyłam samochód Lou i Luka. Kurwa. Pomyślałam i otarłam łzy. Poprosiłam Ann aby ze mną została. Teraz potrzebowałam jej najbardziej na świcie. Mocno mnie przytuliła i weszłyśmy do domu. Gdy zamykałam po cichu drzwi usłyszałyśmy kawałek rozmowy między Lou a moim bratem.
- Jak to Bieber kurwa wrócił!? - krzyczał Luke.
- Normalnie. Niall dla niego pracował! Jak mnie słuchałeś Luke?! - krzyczał Lou.
- No kurwa. W co on się znowu wpakował!? Zupełnie jak w Polsce! - krzyknął mój brat.
- Zaraz co?! Jak to jak w Polsce?! Znasz Horana dłużej i lepiej niż ja?! - krzyknął mój chłopak.
- Tak! Przyjaźniliśmy się! - krzyknął Luke.  A ja po tych słowach trzasnęłam drzwiami aby wglądało to tak ja dopiero co weszłyśmy z Ann do domu. Głosy w salonie ucichły a my z Ann rozebrałyśmy nasze kurtki po czym wzięłam głęboki oddech  i weszłam do salonu.

- Hej Luke. - powiedziałam i przywitałam się z nim uśmiechem po czym podeszłam do Lou. - Hej kochanie. Już jesteś? - zapytałam udając zaskoczenie.
- Hej kochanie. Tak. Stęskniłem się i nie chciałem tak długo czekać. - powiedział i pocałował mnie w czoło.
- W sumie to dobrze, że już jesteś. - powiedziałam i stanęłam ponownie obok Ann.
- Tak? - zapytali równocześnie chłopcy.
- Tak. Proszę usiądźcie. Muszę wam coś powiedzieć. - powiedziałam i złapałam moją przyjaciółkę za rękę.
- Marcelina kochanie stało się coś? - zapytał Lou z troską w głosie.
- Nie. To znaczy tak. To znaczy... - zaczęłam ale nie wiedziałam jak to powiedzieć.
- Hej siostra co się dzieje? - zapytał Luke z tym swoim zmartwieniem w oczach. Przypomniałam sobie wydruk zdjęcia dziecka i wyciągnęłam je z torebki.
- Co to? - zapytał Lou.
- Dobra. Luke. Lou. Jestem w ciąży. To zdjęcie mojego.... Znaczy naszego dziecka Lou. - powiedziałam i podałam im wydruk.
- Co?! Jak to?! - krzyknął mój brat.
- No tak. Jestem w ciąży. - powiedziałam spokojnie.
- Kurwa Tomlinson zabije cię! - krzyknął Luke i rzucił się na Lou.
- Stary opanuj się! - krzyknął Lou.
- Jak mam się opanować?! Zrobiłeś dziecko mojej siostrze! Zabiję cię! - krzyczał rozwścieczony Luke.
- Nie możesz mnie zabić bo to nie moje dziecko! - krzyknął Lou a moje serce właśnie się rozpadło na milion kawałków.
- Co ty mówisz Lou? To twoje dziecko. Tylko z tobą spałam. - powiedziałam i poczułam jak po policzku płynie jedna łza.
- To nie może być moje dziecko! I już! - krzyczał brunet.
- Sądzisz, że moja siostra kłamie?! - krzyknął Luke.
- Sądzę jedno! Chcę testu na ojcostwo! - krzyknął.
- Słucham?! Niby jak mam to zrobić?! - krzyknęłam.
- Jak będziesz w czwartym miesiącu. Czytałem o tym na necie. Wtedy lekarz, może pobrać od dziecka z łona matki trochę krwi. Wtedy zrobimy wyniki. - powiedział spokojnie Lou.
- Dobra. Ale ja i tak wiem, że to ty jesteś ojcem tego dziecka. - powiedziałam i odwróciłam się.
- Przekonamy się za dwa miesiące. - powiedział Lou i usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. Kiedy się odwróciłam Louisa już nie było a po moich policzkach płynęły łzy. Chłopak, którego kocham uważa mnie za puszczalską dziwkę. Właśnie pękło mi serce. Nie nawidzę go..

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Hej kochani. Co tam u was? Jak podoba się rozdział? Myślice, że Lou jednak uwierzy Cysi i zrezygnuje z testu na ojcostwo? Tego dowiecie się w następnym rozdziale... ^^

~Mrs. Tomlinson
  




  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz