środa, 28 czerwca 2017

Rozdział 9


,, Tylko szlachetne czyny są trwałe. "
                                               Sofokles
* Luke P.O.V. *
* Szpital w Warszawie *

 Kiedy byliśmy już pod szpitalem Marcelina wysiadła z samochodu i czekała na mnie przed maską. Wysiałem zaraz za nią i wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów. Wyciągnąłem jednego i odpaliłem. Oparłem się o drzwi od strony kierowcy i powoli paliłem. Marcelina bawiła się swoim telefonem i nie zwracała na mnie uwagi. Kiedy skończyłem palić przydepnąłem peta i podszedłem do niej. Położyłem jej rękę na ramieniu i jednym ruchem głowy pokazałem na szpital. Schowała telefon do torebki i poszliśmy do szpitala. Idą głównym holem szpitala zapytałem jedną z pielęgniarek gdzie znajdziemy oddział chirurgiczny. Pierwszy raz od dawna mówiłem po polsku i bałem się, że pomylę jakieś słowo. Na szczęście wszystko było dobrze i wytłumaczyła nam jak się tam dostać. Przeszliśmy przez pół szpitala aż dotarliśmy na dany oddział. Nie wiedziałem co robić. Było tam tyle pielęgniarek i lekarzy. Marcelina chyba zauważyła, że jestem lekko zdezorientowany i można powiedzieć, że mnie wyręczyła i podeszła do jednego z lekarzy.

- Przepraszam. Mam pytanie. Gdzie leży Barbara Majlewicz? - zapytała.
- Przykro mi nie mogę udzielać takich informacji. - odpowiedział lekarz i zaczął odchodzić.
- Nazywam się Marcelina Hemmings. A to mój brat. Luke Hemmings. A pani Barbara jest naszą babcią. - powiedziała i podeszła do mnie.
- Naprawdę? To dobrze się składa. Nazywam się Marek Nowak. Jestem lekarzem prowadzącym waszą babcię. To ze mną pan rozmawiał przez telefon. - powiedział i podał nam rękę.
- W jakim stanie jest nasza babcia? - zapytałem.
- Powiem tak. Od rana pyta o swoją wnuczkę. Dziś o 5:40 rano wybudziła się ze śpiączki. Pani może iść do babci. Sala numer 78 a pana zapraszam do mojego gabinetu. - powiedział lekarz.
- Naprawdę? Dziękuję. - powiedziała Marcelina i poszła do sali gdzie leżała babcia a ja poszedłem z lekarzem do jego gabinetu.
- Panie doktorze i co z babcią? - zapytałem.
- Proszę niech pan siada. Powiem tak. Stan państwa babci jest stabilny i z minuty na minutę poprawia się. - powiedział lekarz.
- To dobrze. Ale niech mi pan powie. Co się stało? Dlaczego babcia tu jest? - zapytałem.
- Tak jak już panu mówiłem przez telefon pani Barbara ma złamaną nogę i rękę oraz kilka żeber. Uraz głowy nie jest tak poważny jak myślałem na początku. - powiedział i pokazał mi wyniki babci.
- Ale co się stało? - zapytałem.
- Z tego co mi wiadomo państwa babcia spadła ze schodów w swoim domu, które prowadzą na strych. Znalazła ją sąsiadka. To ona wezwała pogotowie i dała mi numer telefonu do pana. - powiedział. - Wyniki są dobre. Za tydzień góra dwa państwa babcia będzie mogła wrócić do domu. Wtedy będzie miała jeszcze tylko gips na nodze. Żebra się ładnie zrastają a ręka już też jest w dobrym stanie. - dodał.
- To dobrze. Dziękuje panu. Jeśli pan pozwoli pójdę do babci i siostry. - powiedziałem i wstałem z krzesła.
- Bardzo proszę. Na pewno będzie szczęśliwa. O pana też pytała. - powiedział i zajął się jakimiś dokumentami. Wyszedłem z gabinetu i udałem się do sali gdzie leżała babcia. Uchyliłem drzwi i już chciałem wejść kiedy usłyszałem jak babcia rozmawia z Marceliną na mój temat.

- Babciu to nie jest tak, że ja go o to obwiniam. Na początku faktycznie tak było. Nie chciałam z nim mieszkać po śmierci rodziców. Wydawało mi się, że to jego wina. Że to przez niego był ten wypadek. Ale ostatnio zrozumiałam, że to nie jego wina. Nie powinnam go osądzać. Ten wypadek mógł się wydarzyć nawet jak by po mnie jechali. Tak mi głupio i strasznie na sercu. - powiedziała Marcelina.
- Oj wnusi. Oczywiście, że to nie wina Luka. Masz rację. Ten wypadek mógł się wydarzyć w każdym innym wypadku. A co do jego nowych znajomych. Może ty nie lubisz tego całego Louisa. Ale z tego co mówisz on lubi Luka i na to wychodzi, że ciebie też. Nie możesz go o wszystko obwiniać. I musicie więcej ze sobą rozmawiać. - powiedziała jej babcia.
- Masz rację babciu. Ostatnio rozmawialiśmy i nie było źle. Mam nadzieję, że będzie lepiej. - powiedziała Marcelina.
- To dobrze wnusiu. Cieszę się. - powiedziała babcia. Po tych słowach zapadła cisza w sali. Wziąłem głęboki wdech i tak jak gdyby nigdy nic wszedłem do sali. Babcia spojrzała na mnie z uśmiechem i spojrzała na Marcelinę. Ta odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła się. Podszedłem do nich i przywitałem się z babcią. Po krótkiej rozmowie powiedziałem im to co powiedział mi lekarz. Marcelina ucieszyła się na te słowa i spojrzała na babcię. Babcia też ucieszyła się na te słowa. Spędziliśmy razem z babcią kilak godzin. Wieczorem pielęgniarka poprosiła nas o opuszczenie sali i powiedziała, że możemy wrócić jutro rano. Pożegnaliśmy się z babcią i wyszliśmy ze szpitala. Podjechaliśmy do Mc coś zjeść i wróciliśmy do domu babci. Każde z nas poszło do ,,swojego " pokoju. Położyłem się na łóżku ale nie umiałem zasnąć. Wstałem i poszedłem do Marceliny. Drzwi były uchylone. Lekko je pchnąłem. Marcelina leżała na łóżku i już spała. Podszedłem do niej i okryłem ją kołdrą po czym dałem jej delikatnego całusa w policzek. Chwilę przy niej posiedziałem po czym wróciłem do swojej sypialni. Położyłem się na łóżku i nawet nie wiem kiedy zasnąłem.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak jak obiecałam. Oto drugi rozdział dzisiaj. Mam nadzieje, że Wam się podoba. Do następnego.
~Mrs. Tomlinson

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz