,, Świat cierpi na brak mężczyzn, szczególnie tych,
którzy są cokolwiek warci. "
Jane Austen
* Lou P.O.V. *
* 01.01.2013 r. *
* Godz, 18:30 - szpital *
Siedziałem na ławce przed szpitalem i zastanawiałem się co mam powiedzieć mojej ukochanej jak do niej wejdę. Całą drogę z kliniki płakałem od momentu, jak Dani powiedziała mi co z Cysią i dziećmi. I nic z tego nie rozumiem. Przecież nie tak dawno na wizycie u lekarza wszystko było dobrze. Wysiadając z auta Hazzy zauważyłem, że pod szpitalem stoi auto Luka. Zdziwiło mnie to bo Dani wspominała, że kazała mu wracać do domu. Wiedziałem, że nasze spotkanie nie skończy się dobrze ale nie jestem tu dla Luka tylko dla swojej ukochanej i dla dzieci. Wziąłem głęboki wdech i wstając z ławki poszedłem w stronę drzwi wejściowych do szpitala. Zapytałem jednej z pielęgniarek, na którym piętrze znajduje się oddział patologi ciąży. Podszedłem do windy i pojechałem na wskazane piętro. Jadąc windą myślałem co się wydarzy na korytarzu jak spotkam się z Lukiem. Naprawdę nie chciał bym się z nim kłócić a tym bardziej bić, ale nigdy nic nie wiadomo. Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk otwierających się drzwi windy. Głęboki wdech i wyszedłem z niej. Od razu ujrzałem Luka na korytarzu. Siedział przed salą z twarzą schowanymi w dłoniach. Domyśliłem się, że sala przed którą siedzi jest Marceliny. Podszedłem do niego pewnym krokiem i przełykając nerwowo ślinę odezwałem się do niego.
- Siema Luke. - powiedziałem i czekałem na jego reakcje.
- No nie wierzę. - usłyszałem w odpowiedzi.
- Wiem, że nie jesteś zadowolony z mojej obecności ale obaj wiemy, że prędzej czy później bym się tutaj pojawił. - powiedziałem.
- No widzisz Lou, to wolał bym to potem a nie po czterech dniach. - powiedział i wstał z krzesła po czym spojrzał na mnie z pogardą.
- Jeśli chcesz mi przyłożyć to może zrób to jak odwiedzę już Marcelinę. - powiedziałem.
- Kusząca propozycja, ale nie zamierzam cię bić. Jesteś tu dla Marceliny ale wiem też, że masz warunek powrotu do kliniki. - powiedział i mnie wyminął.
- Tak. Mam taki warunek i uwierz mi, że tam wrócę. Chce się leczyć dla Marceliny i dzieci. Dla mojej rodziny. - powiedziałem pewnym głosem.
- Trzeba było nie brać tego gówna znowu. Jak byś nie wziął to byś nie wrócił do kliniki. Ale uważaj bo cię obserwuje. - powiedział i dodał po chwili. - Idź do niej bo pytała o ciebie. - powiedział i poszedł w stronę windy. Stałem i patrzyłem jak Luke wchodzi do windy i zjeżdża nią na dół. Kiedy zrozumiałem, że jestem sam na tym korytarzu spojrzałem na drzwi, przed którymi siedział Luke. W środku zobaczyłem Marcelinę trzymającą ręce na brzuchu i spokojnie oddychającą. Wziąłem głęboki wdech i po cichu wszedłem do sali. Zobaczyłem pielęgniarkę, która wypełniała jakieś dokumenty. Spojrzałem na nią z uśmiechem i chyba zrozumiała o co chciałem poprosić bo z uśmiechem opuściła salę. Powoli i po cichu podszedłem do łóżka. Marcelina spała. Bałem się, że jak się obudzi i zobaczy mnie na krześle to się wystraszy. Postanowiłem, że stanę przy oknie i będę się przez nie patrzył, aż moja ukochana się obudzi. Nie wiem ile tam stałem ale za to mogłem spokojnie o wszystkim pomyśleć. Z rozmyślań wyrwał mnie głos Marceliny.
- Lou? To ty? - zapytała.
- Tak kochanie. - powiedziałem i odwróciłem się w jej stronę ale nie podchodziłem do łóżka.
- Lou... Kochanie... - zaczęła i nagle po jej twarzy zaczęły płynąć łzy.
- Kochanie dlaczego płaczesz? - zapytałem i podszedłem bliżej.
- Lou przepraszam. To wszystko moja wina. - powiedziała przez łzy i wyciągnęła rękę w moim kierunku.
- Kochanie to nie twoja wina. - powiedziałem i złapałem jej dłoń. - To wszystko moja wina. To moja wina, że Liam leży w szpitalu. I to moja wina, że ty też się tutaj znalazłaś. Marcelina tak strasznie cię przepraszam. - dodałem a po mojej twarzy zaczęły płynąć łzy.
- Oh Louis. Tak bardzo się cieszę, że tu jesteś. Proszę nie płacz. - powiedziała i spojrzała mi w oczy. Kocham jej oczy. Działają na mnie kojąco.
- Kocham Cię Cysia. - powiedziałem i spojrzałem jej w oczy.
- Ja Ciebie też kocham Lou. - powiedziała po czym trzymając mnie za rękę ponownie zasnęła. Trzymałem ją za rękę a drugą położyłem na jej brzuchu, Od razu poczułem ruchy dzieci. Nic z tego nie rozumiem. Z tego co powiedziała mi Dani zrozumiałem, że Cysia była u Liama i wszystko było dobrze. Zaczęło ją boleć dopiero jak mieli wyjść ze szpitala. Kiedy upewniłem się, że Marcelina na pewno śpi spokojnie wyszedłem z jej sali. Spojrzałem na zegar wiszący na przeciwległej ścianie sali. Wskazówki wskazywały 21:40. Nie zaskoczył mnie fakt, że byłem u niej tak długo tylko to że pielęgniarka mnie nie wygoniła. Przeciągnąłem się i ruszyłem do widny. Zjechałem na dół i byłem zdziwiony kiedy zobaczyłem przed szpitalem Harry'ego.
- Harry? Co ty tutaj robisz? - zapytałem kiedy stałem już obok niego.
- Pomyślałem, że nie masz jak wrócić na chatę to cię podrzucę. - powiedział i przybił ze mną piątkę.
- No w sumie masz rację ale miał bym prośbę. - powiedziałem i podrapałem się po karku.
- No co tam? - zapytał Loczek.
- Czy mógł bym te kilka dni przekimać u ciebie? U mnie w mieszkaniu nadal jest zakazana substancja. Nie chciał bym jej brać. - powiedziałem i spojrzałem na niego.
- Stary no pewnie. Zrobię wszystko abyś nie wziął znowu tego gówna. - powiedział z uśmiechem i ruchem głowy pokazał abyśmy poszli do auta.
- Dzięki stary. - powiedziałem i pojechaliśmy do jego mieszkania. Droga do jego mieszkania przeleciała mi bardzo szybko. Kiedy byliśmy na miejscu Harry zaproponował mi jedną ze swoich pustych sypialni ale ja zamiast tego wybrałem kanapę. Widziałem, że wcale go to nie zdziwiło. Zamknął drzwi od mieszkania i życząc mi dobrej nocy poszedł do swojej sypialni. Odpowiedziałem mu to samo i poszedłem do łazienki w korytarzu aby wsiąść prysznic. Wziąłem ekspresowy prysznic i wróciłem do salonu chłopaka. Odłożyłem rzeczy do torby i położyłem się na kanapie. Przez brak telefonu szybko zasnąłem. Nie umiałem jednak spać. Co jakiś czas śniła mi się Marcelina i budziłem się. Dopiero nad ranem zasnąłem w głęboki i spokojny sen.

.gif)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz