albo sam przebacza. "
Jean Paul
20.06.2012r. - pierwsza rocznica śmierci rodziców Marceliny i Luka.
* Marcelina P.O.V *
* Cmentarz *
- " Ehh mamo.. Szkoda, że nie mogę teraz z Tobą porozmawiać. Bardzo bym tego chciała. Zwłaszcza teraz. Z Lukiem nie rozmawiam a Ann nie mogę też wszystkiego powiedzieć. Przecież są tematy na które nie mogę porozmawiać z przyjaciółką. A tym bardziej z Lukiem. Chociaż... Z nim to nie rozmawiałam już od kilku miesięcy. Zmienił się. Poznał nowych kumpli i teraz oni są ważni. Ważniejsi ode mnie. No, ale nie będę Ci o tym dzisiaj opowiadać. Nie w tym dniu. Tęsknię za Tobą i Tatą. Kocham Was. " - powiedziałam i ze łzami w oczach odeszłam od grobu rodziców. Wyszłam alejką cmentarza a następnie wyszłam przez bramę. Nie mogę uwierzyć, że to już rok od kąt mieli wypadek i zginęli. Tata zginął na miejscu a mama zmarła w drodze do szpitala.
Skręciłam w prawo i otarłam łzę, która spłyneła mi po policzku. Kiedy byłam dwie ulice od domu wyciągnęłam telefon z torebki i szybko wybrałam numer do Ann. Potrzebuje jej. Zwłaszcza teraz kiedy w domu jest Luke ze swoimi kumplami. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Dopiero po czwartym sygnale usłyszałam w słuchawce głos Ann.
- Hej kochana. Co tam? - usłyszałam radosny głos Ann.
- Hej. Może być. Wpadniesz do mnie? - zapytałam.
- Pewnie kochana. Za 20 minut jestem. - powiedziała.
- Dobrze. Czekam. Pa. - powiedziałam i się rozłączyłam.
Schowałam telefon z powrotem do torebki i wycierając twarz poszłam w stronę domu. Po 10 minutach stałam już przy furtce i szukałam kluczy w torbie bo oczywiście Luke zamkną ją na klucz. Nie rozumiem dlaczego on to robi. Boi się czegoś czy co? Z resztą nie obchodzi mnie to. Kiedy w końcu znalazłam kluczę otwarłam furtkę i weszłam na ścieżkę prowadzącą do domu. Właściwie czy to jest nadal mój dom? Bo od dłuższego czasu nie czuje się w nim komfortowo. Dlaczego? Bo ciągle przebywają tu kumple Luka i czują się tu jak u siebie. A to wszystko przez niego. Kiedy byłam pod drzwiami wzięłam dwa głębokie wdechy i weszłam do środka. Ściągnęłam buty w przedpokoju i idąc korytarzem szybko minęłam salon, w którym siedział z Luke z tymi swoimi kolegami. Weszłam do kuchni aby zabrać dla siebie i Ann picie do mojego pokoju. Zawsze tak robię kiedy ma mnie odwiedzić a ci pożal się boże koledzy Luka są u nas. Wyciągnęłam z lodówki dwie pół litrowe butelki coli i paczkę chipsów z szafki. Położyłam to wszystko na tacy i wyciągnęłam jeszcze z szafki szklankę dla Ann bo ona nigdy nie pije coli prosto z butelki. Zabrałam tacę i wyszłam z kuchni. Na moje nieszczęście wpadłam na jednego z kumpli Luka. Zahaczyłam o jego ramię tacą i spadła mi z niej szklanka, która upadając na ziemię robiła się. " Zajebiście". Pomyślałam i odłożyłam tacę na szafce w korytarzu i zabrałam się za sprzątanie zbitego szkła. Wszystko było by normalnie gdyby nie to, że ten kolega zaczął mi pomagać.
- Zostaw. Ja to zrobię. - powiedział i zaczął zabierać mi szkło z ręki.
- Ty to zostaw. Ja to posprzątam. - powiedziałam i zabrałam kolejny kawałek z ziemi.
- Dlaczego jesteś taka uparta Marcelina. - powiedział i wziął z ziemi kolejny malutki kawałek.
- Skąd wiesz jak mam na imię? - zapytałam zaskoczona.
- Jak to skąd? Luke nam powiedział. - odpowiedział i spojrzał na moją rękę. - Krew ci leci. Chodź. Opatrzę ci to. - dodał po chwili i biorąc mnie pod rękę poszedł ze mną do łazienki, która mieściła się na dole.
- Apteczka jest nad zlewem. - powiedziałam.
- Tak. Wiem. - powiedział chłopak i wyciągną apteczkę.
- Co Luke wam o mnie mówił? - zapytałam.
- Powiedział, że ma młodszą siostrę. Powiedział, że masz na imię Marcelina. I co najważniejsze powiedział, że bardzo cię kocha ale ty nie chcesz z nim rozmawiać. To prawda? - powiedział kiedy czyścił mi ranę wodą utlenioną.
- Tak. To wszystko prawda. Nie chcę z nim gadać i w dalekiej przyszłości nie mam zamiaru. - kiedy to powiedziałam owijał mi rękę bandażem.
- Nie chcę się wtrącać ale powinnaś z nim porozmawiać. Ale zrobisz jak zechcesz. O.. I gotowe. - mówiąc to skończył wiązać bandaż.
- Dzięki eee... Nie wiem jak masz na imię. - powiedziałam lekko zawstydzona.
- No tak. Liam. - powiedział i posłał mi uśmiech.
- No to dzięki Liam. - kiedy to powiedziałam zabrzmiał dzwonek do drzwi. " To pewnie Ann ". Pomyślałam i posyłając Liamowi przepraszający uśmiech i wyszłam z łazienki. Szybko podbiegłam do drzwi i otworzyłam je z szerokim uśmiechem. Przytuliłyśmy się i weszła do środka. Podeszłam do szafki po tacę i zobaczyłam, że stoi na niej szklanka. Nie wiedziałam skąd się wzięła. Postanowiłam, że później się nad tym zastanowię a teraz pójdę z Ann na górę. Kiedy byłyśmy już do góry weszłyśmy do mojego pokoju i usiadłyśmy na łóżku. Bardzo się cieszyłam, że Ann do mnie przyszła.
- No kochana. Powiadaj. Co się dzieje? - zapytała Ann i nalała sobie coli.
- A co się może dziać. Dzisiaj rocznica śmierci rodziców. Byłam na cmentarzu. Zapaliłam świeczkę i zostawiłam kwiaty. Jak do ciebie dzwoniłam to wracałam stamtąd. A wiesz co jest najlepsze? Że poza mną nie był tam nikt więcej. Nawet Luke. Nie poszedł na grób rodziców w dniu rocznicy. - mówiąc to czułam jak łzy zbierają mi się w oczach.
- Wiem misia. Ale może jeszcze pójdzie. - powiedziała próbując mnie pocieszyć.
- No nie wiem Ann. Z resztą.. - zaczęłam i wzięłam łyk coli.
- Z resztą? No mów dziewczyno. - zachęcała mnie.
- Z resztą mam wrażenie, że on już całkiem o nich zapomniał. - powiedziałam i spojrzałam na bandaż na ręce.
- O matko. Co ci się stało? - zapytała Ann kiedy zobaczyła bandaż na mojej ręce.
- Zanim przyszłaś spadła mi szklanka z tacy i się zbiła. Zaczęłam ją sprzątać i się skaleczyłam. - powiedziałam i ponownie napiłam się coli.
- Aaa coś ściemniasz. Za dobrze masz zrobiony opatrunek. Sama byś go nie zrobiła. Kto cię opatrzył? - dopytywała.
- Nie uwierzysz. - powiedziałam.
- Zobaczymy. No mów. Kto opatrzył ci rękę? - dopytywała.
- Liam. Przyjaciel Luka. - powiedziałam a mina Ann była bezcenna.
- Słucham?! Przyjaciel twojego brata opatrzył ci ranę?! - zapytała zdziwiona.
- Tak. Wszystko ci opowiem. Widzisz.... - zaczęłam opowiadać co się działo jak wróciłam z cmentarza. Potem porozmawiałyśmy o najbliższej imprezie z okazji zakończenia roku u Nathana. Oczywiście potem Ann zaczęła nawijać jaki to Nathan jest słodki i niesamowity. No i, że powinnyśmy pójść na tą imprezę. Pomysł nie jest głupi. Może się wybierzemy. Siedziałyśmy tak dobre kilka godzin. Kiedy Ann wychodziła była20:45. Pożegnałam się z nią. Zamknęłam drzwi i poszłam do kuchni. Tam wpadłam na.....
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I oto jest pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że wam się podoba. Zastanawiacie się kogo spotkała? Czekaj na nn... ^^
Skręciłam w prawo i otarłam łzę, która spłyneła mi po policzku. Kiedy byłam dwie ulice od domu wyciągnęłam telefon z torebki i szybko wybrałam numer do Ann. Potrzebuje jej. Zwłaszcza teraz kiedy w domu jest Luke ze swoimi kumplami. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Dopiero po czwartym sygnale usłyszałam w słuchawce głos Ann.
- Hej kochana. Co tam? - usłyszałam radosny głos Ann.
- Hej. Może być. Wpadniesz do mnie? - zapytałam.
- Pewnie kochana. Za 20 minut jestem. - powiedziała.
- Dobrze. Czekam. Pa. - powiedziałam i się rozłączyłam.
Schowałam telefon z powrotem do torebki i wycierając twarz poszłam w stronę domu. Po 10 minutach stałam już przy furtce i szukałam kluczy w torbie bo oczywiście Luke zamkną ją na klucz. Nie rozumiem dlaczego on to robi. Boi się czegoś czy co? Z resztą nie obchodzi mnie to. Kiedy w końcu znalazłam kluczę otwarłam furtkę i weszłam na ścieżkę prowadzącą do domu. Właściwie czy to jest nadal mój dom? Bo od dłuższego czasu nie czuje się w nim komfortowo. Dlaczego? Bo ciągle przebywają tu kumple Luka i czują się tu jak u siebie. A to wszystko przez niego. Kiedy byłam pod drzwiami wzięłam dwa głębokie wdechy i weszłam do środka. Ściągnęłam buty w przedpokoju i idąc korytarzem szybko minęłam salon, w którym siedział z Luke z tymi swoimi kolegami. Weszłam do kuchni aby zabrać dla siebie i Ann picie do mojego pokoju. Zawsze tak robię kiedy ma mnie odwiedzić a ci pożal się boże koledzy Luka są u nas. Wyciągnęłam z lodówki dwie pół litrowe butelki coli i paczkę chipsów z szafki. Położyłam to wszystko na tacy i wyciągnęłam jeszcze z szafki szklankę dla Ann bo ona nigdy nie pije coli prosto z butelki. Zabrałam tacę i wyszłam z kuchni. Na moje nieszczęście wpadłam na jednego z kumpli Luka. Zahaczyłam o jego ramię tacą i spadła mi z niej szklanka, która upadając na ziemię robiła się. " Zajebiście". Pomyślałam i odłożyłam tacę na szafce w korytarzu i zabrałam się za sprzątanie zbitego szkła. Wszystko było by normalnie gdyby nie to, że ten kolega zaczął mi pomagać.
- Zostaw. Ja to zrobię. - powiedział i zaczął zabierać mi szkło z ręki.
- Ty to zostaw. Ja to posprzątam. - powiedziałam i zabrałam kolejny kawałek z ziemi.
- Dlaczego jesteś taka uparta Marcelina. - powiedział i wziął z ziemi kolejny malutki kawałek.
- Skąd wiesz jak mam na imię? - zapytałam zaskoczona.
- Jak to skąd? Luke nam powiedział. - odpowiedział i spojrzał na moją rękę. - Krew ci leci. Chodź. Opatrzę ci to. - dodał po chwili i biorąc mnie pod rękę poszedł ze mną do łazienki, która mieściła się na dole.
- Apteczka jest nad zlewem. - powiedziałam.
- Tak. Wiem. - powiedział chłopak i wyciągną apteczkę.
- Co Luke wam o mnie mówił? - zapytałam.
- Powiedział, że ma młodszą siostrę. Powiedział, że masz na imię Marcelina. I co najważniejsze powiedział, że bardzo cię kocha ale ty nie chcesz z nim rozmawiać. To prawda? - powiedział kiedy czyścił mi ranę wodą utlenioną.
- Tak. To wszystko prawda. Nie chcę z nim gadać i w dalekiej przyszłości nie mam zamiaru. - kiedy to powiedziałam owijał mi rękę bandażem.
- Nie chcę się wtrącać ale powinnaś z nim porozmawiać. Ale zrobisz jak zechcesz. O.. I gotowe. - mówiąc to skończył wiązać bandaż.
- Dzięki eee... Nie wiem jak masz na imię. - powiedziałam lekko zawstydzona.
- No tak. Liam. - powiedział i posłał mi uśmiech.
- No to dzięki Liam. - kiedy to powiedziałam zabrzmiał dzwonek do drzwi. " To pewnie Ann ". Pomyślałam i posyłając Liamowi przepraszający uśmiech i wyszłam z łazienki. Szybko podbiegłam do drzwi i otworzyłam je z szerokim uśmiechem. Przytuliłyśmy się i weszła do środka. Podeszłam do szafki po tacę i zobaczyłam, że stoi na niej szklanka. Nie wiedziałam skąd się wzięła. Postanowiłam, że później się nad tym zastanowię a teraz pójdę z Ann na górę. Kiedy byłyśmy już do góry weszłyśmy do mojego pokoju i usiadłyśmy na łóżku. Bardzo się cieszyłam, że Ann do mnie przyszła.
- No kochana. Powiadaj. Co się dzieje? - zapytała Ann i nalała sobie coli.
- A co się może dziać. Dzisiaj rocznica śmierci rodziców. Byłam na cmentarzu. Zapaliłam świeczkę i zostawiłam kwiaty. Jak do ciebie dzwoniłam to wracałam stamtąd. A wiesz co jest najlepsze? Że poza mną nie był tam nikt więcej. Nawet Luke. Nie poszedł na grób rodziców w dniu rocznicy. - mówiąc to czułam jak łzy zbierają mi się w oczach.
- Wiem misia. Ale może jeszcze pójdzie. - powiedziała próbując mnie pocieszyć.
- No nie wiem Ann. Z resztą.. - zaczęłam i wzięłam łyk coli.
- Z resztą? No mów dziewczyno. - zachęcała mnie.
- Z resztą mam wrażenie, że on już całkiem o nich zapomniał. - powiedziałam i spojrzałam na bandaż na ręce.
- O matko. Co ci się stało? - zapytała Ann kiedy zobaczyła bandaż na mojej ręce.
- Zanim przyszłaś spadła mi szklanka z tacy i się zbiła. Zaczęłam ją sprzątać i się skaleczyłam. - powiedziałam i ponownie napiłam się coli.
- Aaa coś ściemniasz. Za dobrze masz zrobiony opatrunek. Sama byś go nie zrobiła. Kto cię opatrzył? - dopytywała.
- Nie uwierzysz. - powiedziałam.
- Zobaczymy. No mów. Kto opatrzył ci rękę? - dopytywała.
- Liam. Przyjaciel Luka. - powiedziałam a mina Ann była bezcenna.
- Słucham?! Przyjaciel twojego brata opatrzył ci ranę?! - zapytała zdziwiona.
- Tak. Wszystko ci opowiem. Widzisz.... - zaczęłam opowiadać co się działo jak wróciłam z cmentarza. Potem porozmawiałyśmy o najbliższej imprezie z okazji zakończenia roku u Nathana. Oczywiście potem Ann zaczęła nawijać jaki to Nathan jest słodki i niesamowity. No i, że powinnyśmy pójść na tą imprezę. Pomysł nie jest głupi. Może się wybierzemy. Siedziałyśmy tak dobre kilka godzin. Kiedy Ann wychodziła była20:45. Pożegnałam się z nią. Zamknęłam drzwi i poszłam do kuchni. Tam wpadłam na.....
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I oto jest pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że wam się podoba. Zastanawiacie się kogo spotkała? Czekaj na nn... ^^
Mrs. Tomlinson

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz